[2019] - Clayseny - "Pure Heart"

Kiedyś już pisałem o tym ciekawym debiucie studyjnym, a że wracam do niego ze znacznym entuzjazmem, to postanowiłem ponownie opublikować tekst o „Pure Heart”. Z racji, że od jego wydania minęły już ponad dwa lata, a w międzyczasie powstało kilka recenzji płyty, to postanowiłem zestawić je z moimi osobistymi odczuciami na temat albumu i nieco aktualizować tekst. 

Po pierwsze, skład personalny formacji za czasów nagrywania „Pure Heart” tworzyli znani w lokalnym środowisku muzycy tj. Jarosław Łabieniec – w latach 1991-1997 udzielał się w death metalowym Vaderze, a w międzyczasie eksperymentalnym zespole NYIA, na perkusji Emil Walinowicz – do 2020 współtworzył skład pagan metalowej VarmiiMarcin Siedlecki na basie, który opuścił skład formacji, gitarzysta Paweł Kukuć (ex-Laos, ex-Eyselphy) oraz wokalista Grzegorz Gołaszewski (Frontal Cortex), którego zastąpił tuż po opublikowaniu płyty nowy frontman – Kacper Kubryński. Biorąc pod uwagę dotychczasowe dokonania członków tego kwintetu – pierwszym skojarzeniem o ich brzmieniu może być – no, będzie niezły łomot. Jeśli tak myślałeś/myślałaś, to proponuję przeczytać niniejszą recenzję do końca, bo jest zupełnie odwrotnie, bowiem z jednej strony nie jest to ekstremalnie ciężka płyta, a z drugiej – brzmienie ma pazura. Poszczególny muzyk wniósł do brzmienia nową jakość, smaczki, które na tle dzisiejszej sceny rockowej/metalowej wypadają jak powiew świeżości. Staż członków kapeli przełożył się na jakość nagrań zrealizowanych przez Michała Grabowskiego w Stodole Kultury zlokalizowanej w Dobrym Mieście.

Po drugie, jak to zwykle bywało, olsztyński zespół Clayseny trafił do szufladki z napisem metal progresywny. Jest to oczywiście uogólnienie, jednak z drugiej strony, gdyby nie wspomniane szufladki, to recenzenci nie mieliby co robić, bo nie byłoby sensu rozkminiać albumu skoro ocenę można ograniczyć do dwóch wyrazów. O ile zespół ociera się o rock/metal progresywny, to z pewnością można wyłowić w brzmieniu grupy nieco więcej wpływów. Moim pierwszym skojarzeniem były zespoły tj. Tool czy momentami Opeth, jednak wraz z zagłębianiem się w materiał wyłaniać się zaczęły co raz to nowe skojarzenia. 

Zaledwie siedmio-utworowy krążek olsztyńskiej grupy otwiera numer Laura P. Nazwa kompozycji jak i kolejne utwory są, wg mnie, ukłonem w stronę oniryczno-psychodelicznych filmów Davida Lyncha, a szczególnie jego sztandarowego Twin Peaks oraz jego filmowej kontynuacji Twin Peaks. Ogniu krocz za mną. Jeśli chodzi o warstwę tekstową utworów, w nich również znajdą się nawiązania do sagi wspomnianego reżysera. Jest mrocznie, tajemniczo, a za razem – niezwykle intrygująco. Brzmieniowo, już sam wstęp do pierwszego utworu na płycie, faworyta artoła niniejszego tekstu, jest niezwykle klimatyczny i stanowi ciszę przed burzą. Po czterdziesto-sekundowym instrumentalnym preludium, ni stąd, ni zowąd dochodzi do „wybuchu” – wyłaniają się agresywne, surowe i ciężkie ściany dźwięku, a w fotel wgniata wokal Grzegorza Gołaszewskiego – ciarki na plecach po raz pierwszy. W jednej z recenzji tegoż albumu stwierdzono, że po tym numerze tytułowa Laura jakby zniknęła, poszła w pizdu. Pudło, jej duch utrzymuje się nad materiałem niemal do końca tego zaledwie 30 minutowego albumu. Wystarczy przyglądnąć się tekstom, gdzie poruszono między innymi tematy takie jak walka dobra ze złem, dualizm natury ludzkiej, ciągłe napięcie, są niemal mistyczne tematy, jak i dość kontrowersyjne, zresztą jak u Lyncha, m.in. utwór o niepozornym tytule „Gentle Lover” i „Lodge” – pod względem tekstowym to chyba najmroczniejsze utwory na płycie. 

Wracając do brzmienia, tytułowy numer znajdujący się pod dwójką nagrano w podobnej konwencji, jak jego poprzednika. Utwór otwiera przeszywający werbel trochę, jak w utworze Intertiatic Esp grupy The Mars Wolta. Czysta energia, brak solówek, momentami ciężkie i powolne tempo charakterystyczne dla zespołów z gatunku sludge metal tj. Melvins – to cechy pierwszych czterech kompozycji na „Pure Heart”. Po odsłuchaniu początkowych dość intensywnych utworów słuchacz mógłby dojść do wniosku, że muzycy formacji z Olsztyna nie mają zbyt dużo do zaoferowania, że wszystko będzie grane na jedno kopyto. Nic bardziej mylnego, bo po dość żywiołowym pod względem brzmieniowym wstępie mamy drugą, bardziej urozmaiconą część krążka.

Żeby nie być gołosłownym – wystarczy spojrzeć na numer Crossroads, gdzie mamy free-jazzową wstawkę z wykorzystaniem saksofonu altowego, na którym gościnnie zagrał Aleksander Korecki. Zespół jawi się tu jako skory do eksperymentów i osobiście chętnie wysłuchałbym więcej takich nagrań w ich wykonaniu. Drobny smaczek, ale duży plus. Ten moment, gdzie perkusista wtóruje zawodzącemu i lamentującemu brzmieniu saksofonu wprowadzając nieco kakofonii do klimatycznego całokształtu – ciary na plecach po raz drugi, ten świetny fragment przysłonił nawet karkołomny wstęp do tego numeru! Mamy też utwory tj. Lodge i Inertia – dwa numery, w których pojawia się gitara klasyczna, a w tej pierwszej mamy dodatkowo solówkę na elektryku, no i pulsujący bęben basowy.

Podsumowując, pierwsza płyta olsztyńskiej formacji Clayseny, to bez wątpienia solidny debiut fonograficzny. Mamy tu z jednej strony agresywne i surowe riffy, które serwuje nam J. Łabieniec i P. Kukuć, sekcja rytmiczna nie zawodzi, w tym kapitalnie i z wyczuciem gra perkusista sprawnie wplatający blast-beaty w poszczególnych utworach, natomiast wokalista sprawnie manewruje barwą głosu, i raz mamy koloryt i melodykę, a raz mamy dynamiczne fragmenty okraszone growlem. Jak to już z progresami bywało – utwory budowane są na nieszablonowych, połamanych patentach, z częstą zmianą metrum, dużo tu nielinearnych rytmów, a ostateczny efekt ubarwia kunszt wokalny Grzegorza Gołaszewskiego. 

Jeśli chodzi o słabe strony omawianego materiału, to jest zdecydowanie za krótki, bowiem trwa zaledwie pół godziny. Po jej odsłuchaniu pozostaje pewien niedosyt, mimo, że olsztyńska formacja posiada potencjał, co udowodniono na „Pure Heart”. Znajdą się drobne potknięcia, nieprzemyślane fragmenty, jak wspomniany już wstęp do Crossroads, jednak zrobili na mnie wrażenie swoim debiutem, czego wyraz dałem w tekście. Nietypowe brzmienie i ciekawe teksty, a w ostateczności – ło panie 🙂 Szkoda, że tak mało pisze się o nich w artykułach muzycznych – zasługują na dużo więcej, niż dotychczasowe kilka wzmianek. Ze zniecierpliwieniem oczekuje na nowy materiał – 29.10.2020 zespół będzie można zobaczyć w warszawskim pubie 2koła i samemu stwierdzić czy moje ahy i ohy są zasłużone.

                                                                                Moja ocena

7.8/10

Wybrane utwory z debiutu fonograficznego formacji:

A poniżej utwór kapeli z nowym wokalistą:

Zobacz również:

Do tej pory pisano o zespole w:

Zawartość płyty w serwisie jutub:

Jeśli przypadły Ci do gustu niniejszy tekst, to powinieneś zobaczyć także:

Moja strona na fejsie: