[1991] - Armia - "Legenda"

Tytułem wstępu

Powszechnie uważa się „Legendę” Armii za jeden z ikonicznych albumów rodzimego rocka.  W niniejszym tekście przybliżyłem poszczególne aspekty tego legendarnego arcydzieła, które według mnie stanowią o fenomenie tej płyty. Tak się składa, że album skończył w tym roku 30 lat, z tej też okazji przybliżyłem kilka najciekawszych, wg mnie, recenzji tegoż arcydzieła, buszowałem w otchłaniach internetów w poszukiwaniu minionych wywiadów z muzykami formacji. Tekst zawiera trochę retrospekcji, jak i współczesnej recepcji albumu. Oprócz tego nurkowałem w odmętach jutuba w poszukiwaniu utworów kapeli i w ostateczności wyszedł taki tekst. 

Drugi w historii tej warszawskiej formacji krążek studyjny nagrano w składzie mówiąc umownie, klasycznym. Za charakterystyczne brzmienie waltorni (choć zdarzało się, że sięgał też po klawisze czy gitarę) odpowiadał Krzysztof „Banan” Banasik – były muzyk Kultu i współtwórca „Tańca szkieletów” – solowego debiutu Tomasz Budzyńskiego, który jest do dzisiaj frontmanem Armii. Na gitarze basowej zagrał Dariusz „Maleo” Malejonek – znany przede wszystkim entuzjastom rodzimej sceny niezależnej, muzyk zespołów takich jak Kultura, Izrael czy Moskwa. Za dynamiczne i mechaniczne partie bębnów to odpowiadał, nieżyjący już, Piotr „Stopy” Żyżelewicz.

Na gitarze z kolei udzielał się Robert „Afa” Brylewski, który – jak twierdzi po latach wokalista Tomasz Budzyński – stworzył brzmienie Armii, które jest unikalne, nie ma takiego drugiego na świecie. Ostatecznie album wydano w maju bądź czerwcu 1991. Jak wspominał w gazecie „Brum” z 1991 roku Tomasz Budzyński – na samym początku muzycy nagrali ścieżkę perkusji i miało to miejsce w czerwcu 1990 w studiu na Wawrzyszewie. Następnie przewieziono taśmy na Mazury, gdzie ówcześnie przebywał zespół i tam dograno resztę instrumentów. Wokale i ostateczne miksy dokonano w Warszawie na poddaszu u Stopy. 

Ostatecznie, prace nad albumem ukończono przed Bożym Narodzeniem 1990 roku. Mimo wysokiego dziś statusu – Legenda początkowo wcale nie okazała się wielkim sukcesem popularnościowym. Wkrótce po wydaniu drugiego albumu Armii, klasyczny skład Armii przestał istnieć. 

O tekstach

Teksty powstały, w znacznej mierze, na Mazurach, a część z nich narodziła się w końcowym etapie nagrywania. Warstwa liryczna na tej płycie stanowi, wg mnie, kluczowy element powodujący o niepowatarzalnym, nierealnym klimacie drugiej płyty studyjnej Armii. Nierzadko są one trudne – mi przynajmniej interpretacja sprawia problemy – momentami może nieco zbliżone do tych z omawianej wcześniej Nowej Aleksandrii Siekiery, z której to zresztą T. Budzyński wiążę swoje początki kariery scenicznej. Przyjrzałem im się dokładnie.

Nieco dadaistyczne, surrealistyczne, ale za to niesamowicie Klimatyczne. Dodatkowo, większość tekstów na albumie cechuje pewien oniryzm, mistycyzm, a także pewna tajemniczość przed nieznanym. Utwór Moja zemsta to wręcz manifest gnostycyzmu – przyznaje Budzyński. Pierwotnie Opowieść Zimowa nazywała się Okna, a skomponował ją samodzielnie Robert Brylewski. Partie basu zagrał Banan, a nie Darek Malejonek, natomiast partie gitary gra na utworze brat Stopy, Janek. Istnieją dwa miksy tego utworu – pierwszy, nagrany przez T. Budzyńskiego i R. Brylewskiego na pierwszej wersji Legendy wydanej na kasecie przez Wifon. 

Miks ten robiony u Stopy po nocach, jak wspomina frontman. Natomiast drugi miks zrobił już R. Brylewski, który potem wydano na kompakcie i to było pół roku później, chybaMiks ten różni się nie tylko brzmieniem, ale też we wspomnianym utworze jest pewna zmiana – w trzecim refrenie ja powinienem śpiewać normalnie tekst… ale nie ma tam tekstu tylko jest pewne wzbudzenie gitary. Robert Brylewski był mistrzem wzbudzaniu gitary… Ktoś kiedyś powiedział, że Afa gra jak Hendrix […] wzbudzenie gitary polega na tym, że gitarę zbliża się do wzmacniacza i ona zaczyna tak piszczeć. 

Wielu słuchaczy w tekstach Budzyńskiego doszukuje się odwołań do buddyzmu i jednocześnie tradycji ludowego chrześcijaństwa. Jak twierdzi w jednym z wywiadów sam lider – Płyta Legenda dotyczy spraw duchowych –  dodając, że jest tu raczej bardziej osobą poszukującą twierdząc – to było nieświadome, ale to już się pojawiało  większość tekstów na albumie trudno wytłumaczyć, ot tak, to można pisać felietony w gazetach albo jakieś inne publicystyczne. Zwraca również uwagę na doniosłą rolę symboliki w tekstach oraz długim, bo nawet ponad rocznym procesie tworzenia warstwy lirycznej na ten album.

Tomasz Budzyński, wielokrotnie odżegnując się od rockowej sztampy, nazywał Armię zespołem baśniowymJerzy Prokopiuk nazwał ją perłą poezji gnostyckiej, będąca świadectwem ewolucji grupy w jeszcze bardziej metafizyczną stronę. Przykładem mistycznego wymiaru Legendy może być numer Opowieść zimowa. Nawiązuje do nocy wigilijnej Dnia św. Łucji tj. 12/13 grudnia, kiedy dzień staje się najkrótszy w roku, a ludzie, zgodnie z wierzeniami, najbardziej narażeni są na działanie sił szatana. Jak twierdzi wokalista – tekst do utworu sprawiał mu problem i powstawał, aż rok. 

Ostatecznie, posiłkował się poezją Artura Rimbauda m. in. otwierające utwór jest w lesie ptak pochodzi z wiersza „Illuminacje” wspomnianego. Na Legendzie, jak na niemal każdym krążku firmowanym przez T. Budzyńskiego, odnajdziemy mnóstwo inspiracji różnymi dziedzinami sztuki. Dwa utwory: Dla każdej samotnej godziny i To, czego nigdy nie widziałem to tłumaczenia tekstów Samuela Becketta i Leonarda Cohena.  W tekstach Budzyńskiego słychać także echa twórczości Tolkiena, Williama Szekspira i poety T. S. Elliota.

Żyjemy w XXI stuleciu, gdzie od strony tekstowej współczesnych zespołów już dawno ustalono pewien kanon tematyczny. W warstwie lirycznej współczesnych, co raz częściej  zawierane jest miałki przekaz, podejmowane są tematy popularne. Jak twierdzi Tomasz Budzyński – jakieś komentarze do tego co się dzieję w polityce czy obecnie na świecie to to jest faktycznie proste napisać tak na prawdę. Dodatkowo, w „piosenkę” taką wplata się chwytliwą muzykę, skoczny rytm i mamy przepis na hit. 

Analogiczne zjawisko zaobserwować można w branży filmowej – z roku na rok co raz ciężej trafić na produkcję kinematograficzną o głębi, zmuszającą do refleksji typu Czas ApokalipsyTaksówkarz, czy Łowca Jeleni, a co raz częściej dostajemy hity bardziej nastawione na miałki przekaz, ale o walorach rozrywkowych – takie w sam raz żeby skonsumować, przetrawić, wydalić i z niedosytem sięgnąć po następny produkt.  

Marcin Miller i Stanclewo

Wyjazd do Stanclewa – wsi między Mrągowem a Biskupcem, gdzie wówczas swoją siedzibę miało studio Złota Skała prowadzona przez R. Brylewskiego, sfinansował Marcin Miller. Niniejsza postać – jak twierdzi współcześnie frontman Armii, Tomasz Budzyński – jest to mecenas sztuki, który mieszka w Londynie i umożliwił muzykom pracę w mazurskiej lokacji. Historia jest o tyle ciekawa, że w schyłkowych latach 80. spotkał się on z Afą w Londynie, gdzie zaproponował, że kupi ziemię na Mazurach oraz niezbędny do nagrań sprzęt – gitary, perkusję, konsoletę mikserską, wzmacniacze. Utworzone wówczas studio ma niezwykłe dla naszej kultury zasługi. 

Na zakupionych 50 hektarach, jak twierdzi wokalista,  zamieszkali muzycy Armii i Izraela, a owocem prac jest legendarna Legenda.  Przeprowadziliśmy się tam pod koniec lat 80. wraz z muzykami Armii i Izraela. Tworzyliśmy sporą załogę, wręcz rodzinę – odpowiadają zgodnie jej twórcy w magazynie „Brum”. Wokalista kapeli twierdzi współcześnie, że była to komuna artystyczna. Wśród stałych bywalców byli ludzie tacy jak Sławek Gołaszewski czy Juras Giebułtowski. Co do tego pierwszego, to frontman Armii wspomina, iż jego filozoficzne wywody wywarły na nim niebagatelne wrażenie. W ich tymczasowym domu w Stanclewie panował znaczny ruch, jedni przyjeżdżali i mieszkali z nami różni muzycy, a przebywanie w ich gronie pozytywnie na proces twórczy.

Żyło się w innym czasie, innym rytmem. Wszystko toczyło się wolniej niż w mieście. Mogliśmy grać w nocy, rano, w domu, na powietrzu. Ten klimat przenosił się na koncerty, bo jeździliśmy na nie całą załogą. Razem żyliśmy, jedliśmy, sprzedawaliśmy butelki, żeby mieć na jedzenie. „Banan” ćwiczył na waltorni w lesie. Mieszkały z nami koty i psy. Gdzie się nie ruszyliśmy szła za nami wataha zwierząt. W lesie 20 metrów od domu można było spotkać sarny i dziki. Czytałem wtedy „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta. Rodziły się dzieci. To była utopia. „Legenda” nosi w sobie ducha tych czasów. 

Gdy nagrywaliśmy gitarę w utworze „Legenda”, w nocy podczas przerwy, przez otwarte okno usłyszeliśmy zawodzący śpiew ptaka. I Robert powtórzył ten dźwięk na gitarze, za chwilę już to graliśmy  – wspominał w wywiadzie dla miesięcznika „Brum” T. Budzyński.  Zazwyczaj musieliśmy grać po jakichś norach. Tam warunki mieliśmy doskonałe. Duch tej płyty, jej wyjątkowa poezja, bierze się z miejsca, w którym ona powstawała – twierdzi wokalista – Gdyby ona powstawała w mieście, brzmiałaby zupełnie inaczej. Wieś, lasy, inny zapach, inne powietrze, zwierzęta podchodzą pod dom. W takich warunkach mieszkaliśmy przez dwa lata. To zrobiło ogromne wrażenie na nas i słuchaczach.

Moim subiektywnym zdaniem

Brzmienie Armii z okresu Legendy próbowano wielokrotnie zaszufladkować i przyznaje, że również wielokrotnie to robiłem. Jednak po wnikliwej analizie utworów zawartych na płycie, wsłuchanie się w nią – zauważam jak dużą szkodę twórcom robią wspomniane szufladki. Bo weźmy np pierwszą z brzegu – hardcore punk – którą z racji dynamiki, można się doszukiwać podobieństw. Dalej, rock chrześcijański, która to, owszem, ma sens, jednak moim zdaniem Legenda nie jest płytą, gdzie wręcz ekspansywnie i arogancko nakazuje się wiarę, a raczej subtelnie, niemal symbolicznie autorzy tekstów sugerują obecność niewidzialnej postaci w naszym życiu. Ja to tak odbieram, a po wysłuchaniu całego albumu, jako ateista zaznaczam, wciskam przycisk riplej, bowiem opowieść T. Budzyńskiego i ściany dźwięku nieżyjącego już Afy, po trzydziestu latach od wydania, intrygują mnie jak mało co. 

Trudno jednak zawrzeć w dwóch słowach kwintesencję stylu tej warszawskiej ikony. Często jest przyrównywana do artystów zachodnich. Jest tak np z kapelą Killing Joke, którą kapela supportowała na Róbrege w 1990. Oczywiste jest, że rodzime formacje czerpały wzorce z krajów zachodnich, bo chcemy czy nie były to wyznaczniki mody.  Z tego też powodu, współcześni recenzenci doszukiwali się analogii do wspomnianej, co jest zdecydowanie nietrafione. Materiał zawarty na drugim krążku studyjnym tej warszawskiej grupy oprócz faktu, że stosowane są tam monumentalne ściany dźwięku, muzyka bywa agresywna, surowa, energetyczna, to występują również dość subtelne, wysublimowane rozwiązania, nieco tu romantyzmu, ale i napięcia, strachu. 

Dominują tu momenty pełne agresji, ale i senne, melancholijne motywy. Ponure kolorystycznie, jednocześnie pełne podskórnego życia. Brutalny gitarowy hałas, nakładany na wielu planach, wieńczony brzmieniami waltorni i klarnetu. Z pewnością dojrzeć można w muzyce grupy ten dualizm, te dwa odrębne oblicza. Instrumentarium stosowane podczas jej rejestracji to oprócz klasycznie rockowych również klawisze, flet, instrumenty dęte. Kolejną, która jest już bliższa istoty tego czym właściwie Armia na Legendzie była to symfoniczny punk bądź post-punk. A chyba najbliżej – artystowski post punk – mając na uwadze fakt, że często szufladkowanie idzie w parze z częściowym niedocenieniem twórców.

Powyżej przybliżono aspekty świadczące o tym, że Armia za czasów omawianego krążka to przede wszystkim silnie artystowski kolektyw. Już na debiucie studyjnym kapeli, koncertach gdzie szata graficzna stanowiła nieodłączną część widowiska czy czwartej płycie Triodante – wizualne aspekty w działalności kapeli nadal są jednym z nieodłącznych elementów, które pod uwagę musi brać recenzent muzyki Armii. Zmierzam do tego, że muzyka nie stanowi, zdecydowanie, jedynej płaszczyzny sztuki, na której spełnia się Armia. Biorąc pod uwagę parateatralne przedstawienia ilustrujące muzykę z Legendy, ukazywały Armię w szerszym kontekście artystycznym. Analogicznie było z tekstami utworów. Legenda była po wydaniu czymś, zdecydowanie, wyprzedzającym ówczesne standardy, kanon. Może nawet właśnie dlatego, że trudno było ją wrzucić do określonego wora odniosła wyłącznie względny sukces. Tak czy owak, omówiona płyta broni się wśród dzisiejszych produkcji i jest dla mnie albumem ponadczasowym.

Przełom lat 80 i 90. był dla muzyków szczególnym momentem – Wiadomo, że nie można było kupić tych wszystkich kolorowych odświeżaczy do łazienki, ale można było przeżyć za parę groszy. Potem górę wzięła ekonomia. Czas nagrywania „Legendy” to był ostatni akord komuny. Dopiero kiedy system się już kończył, znaleźliśmy sobie w nim miejsce. I niestety w nowym systemie znowu musimy uczyć się wszystkiego od nowa. Rafał Księżyk nie bez racji pisał – Legenda to chmurna i rozmarzona puenta całego czadowego undergroundu lat 80., łącząca brutalność i wysublimowanie w momencie, gdy wraz z nastaniem transformacji ustrojowej kończył się czas heroiczny sceny alternatywnej, ekonomiczna presja poczynała podmywać jej grunt.

Moja ocena

9/10

Druga płyta Armii. Z racji, że pierwszy album wielokrotnie odświeżano i dodawano kawałki z poprzednich , a w rzetelność spisów nie do końca wierzę, zatem, poniżej jeden z bardziej prawdopodobnych układów:

[1991] – Armia „Legenda”

[2017] - Jacaszek & Budzyński - "Legenda"(brakuje jednego kawałka)

[1991] – Armia „Legenda”

Żródła:

[1991] – Armia „Legenda”

Mogą Ci się spodobać poniższe teksty:

Jeśli chcesz posłuchać powyżej omawianego albumu w serwisie streamingowym, to kliknij w przycisk poniżej:

Możesz udać się bezpośrednio na moją stronę Facebook:

[1991] – Armia „Legenda”

[1991] – Armia „Legenda”

[1991] – Armia „Legenda”

[1991] – Armia „Legenda”