Miesiąc: wrzesień 2021

[2019] – Clayseny – „Pure Heart”

[2019] - Clayseny - "Pure Heart"

Kiedyś już pisałem o tym ciekawym debiucie studyjnym, a że wracam do niego ze znacznym entuzjazmem, to postanowiłem ponownie opublikować tekst o „Pure Heart”. Z racji, że od jego wydania minęły już ponad dwa lata, a w międzyczasie powstało kilka recenzji płyty, to postanowiłem zestawić je z moimi osobistymi odczuciami na temat albumu i nieco aktualizować tekst. 

Po pierwsze, skład personalny formacji za czasów nagrywania „Pure Heart” tworzyli znani w lokalnym środowisku muzycy tj. Jarosław Łabieniec – w latach 1991-1997 udzielał się w death metalowym Vaderze, a w międzyczasie eksperymentalnym zespole NYIA, na perkusji Emil Walinowicz – do 2020 współtworzył skład pagan metalowej VarmiiMarcin Siedlecki na basie, który opuścił skład formacji, gitarzysta Paweł Kukuć (ex-Laos, ex-Eyselphy) oraz wokalista Grzegorz Gołaszewski (Frontal Cortex), którego zastąpił tuż po opublikowaniu płyty nowy frontman – Kacper Kubryński. Biorąc pod uwagę dotychczasowe dokonania członków tego kwintetu – pierwszym skojarzeniem o ich brzmieniu może być – no, będzie niezły łomot. Jeśli tak myślałeś/myślałaś, to proponuję przeczytać niniejszą recenzję do końca, bo jest zupełnie odwrotnie, bowiem z jednej strony nie jest to ekstremalnie ciężka płyta, a z drugiej – brzmienie ma pazura. Poszczególny muzyk wniósł do brzmienia nową jakość, smaczki, które na tle dzisiejszej sceny rockowej/metalowej wypadają jak powiew świeżości. Staż członków kapeli przełożył się na jakość nagrań zrealizowanych przez Michała Grabowskiego w Stodole Kultury zlokalizowanej w Dobrym Mieście.

Po drugie, jak to zwykle bywało, olsztyński zespół Clayseny trafił do szufladki z napisem metal progresywny. Jest to oczywiście uogólnienie, jednak z drugiej strony, gdyby nie wspomniane szufladki, to recenzenci nie mieliby co robić, bo nie byłoby sensu rozkminiać albumu skoro ocenę można ograniczyć do dwóch wyrazów. O ile zespół ociera się o rock/metal progresywny, to z pewnością można wyłowić w brzmieniu grupy nieco więcej wpływów. Moim pierwszym skojarzeniem były zespoły tj. Tool czy momentami Opeth, jednak wraz z zagłębianiem się w materiał wyłaniać się zaczęły co raz to nowe skojarzenia. 

Zaledwie siedmio-utworowy krążek olsztyńskiej grupy otwiera numer Laura P. Nazwa kompozycji jak i kolejne utwory są, wg mnie, ukłonem w stronę oniryczno-psychodelicznych filmów Davida Lyncha, a szczególnie jego sztandarowego Twin Peaks oraz jego filmowej kontynuacji Twin Peaks. Ogniu krocz za mną. Jeśli chodzi o warstwę tekstową utworów, w nich również znajdą się nawiązania do sagi wspomnianego reżysera. Jest mrocznie, tajemniczo, a za razem – niezwykle intrygująco. Brzmieniowo, już sam wstęp do pierwszego utworu na płycie, faworyta artoła niniejszego tekstu, jest niezwykle klimatyczny i stanowi ciszę przed burzą. Po czterdziesto-sekundowym instrumentalnym preludium, ni stąd, ni zowąd dochodzi do „wybuchu” – wyłaniają się agresywne, surowe i ciężkie ściany dźwięku, a w fotel wgniata wokal Grzegorza Gołaszewskiego – ciarki na plecach po raz pierwszy. W jednej z recenzji tegoż albumu stwierdzono, że po tym numerze tytułowa Laura jakby zniknęła, poszła w pizdu. Pudło, jej duch utrzymuje się nad materiałem niemal do końca tego zaledwie 30 minutowego albumu. Wystarczy przyglądnąć się tekstom, gdzie poruszono między innymi tematy takie jak walka dobra ze złem, dualizm natury ludzkiej, ciągłe napięcie, są niemal mistyczne tematy, jak i dość kontrowersyjne, zresztą jak u Lyncha, m.in. utwór o niepozornym tytule „Gentle Lover” i „Lodge” – pod względem tekstowym to chyba najmroczniejsze utwory na płycie. 

Wracając do brzmienia, tytułowy numer znajdujący się pod dwójką nagrano w podobnej konwencji, jak jego poprzednika. Utwór otwiera przeszywający werbel trochę, jak w utworze Intertiatic Esp grupy The Mars Wolta. Czysta energia, brak solówek, momentami ciężkie i powolne tempo charakterystyczne dla zespołów z gatunku sludge metal tj. Melvins – to cechy pierwszych czterech kompozycji na „Pure Heart”. Po odsłuchaniu początkowych dość intensywnych utworów słuchacz mógłby dojść do wniosku, że muzycy formacji z Olsztyna nie mają zbyt dużo do zaoferowania, że wszystko będzie grane na jedno kopyto. Nic bardziej mylnego, bo po dość żywiołowym pod względem brzmieniowym wstępie mamy drugą, bardziej urozmaiconą część krążka.

Żeby nie być gołosłownym – wystarczy spojrzeć na numer Crossroads, gdzie mamy free-jazzową wstawkę z wykorzystaniem saksofonu altowego, na którym gościnnie zagrał Aleksander Korecki. Zespół jawi się tu jako skory do eksperymentów i osobiście chętnie wysłuchałbym więcej takich nagrań w ich wykonaniu. Drobny smaczek, ale duży plus. Ten moment, gdzie perkusista wtóruje zawodzącemu i lamentującemu brzmieniu saksofonu wprowadzając nieco kakofonii do klimatycznego całokształtu – ciary na plecach po raz drugi, ten świetny fragment przysłonił nawet karkołomny wstęp do tego numeru! Mamy też utwory tj. Lodge i Inertia – dwa numery, w których pojawia się gitara klasyczna, a w tej pierwszej mamy dodatkowo solówkę na elektryku, no i pulsujący bęben basowy.

Podsumowując, pierwsza płyta olsztyńskiej formacji Clayseny, to bez wątpienia solidny debiut fonograficzny. Mamy tu z jednej strony agresywne i surowe riffy, które serwuje nam J. Łabieniec i P. Kukuć, sekcja rytmiczna nie zawodzi, w tym kapitalnie i z wyczuciem gra perkusista sprawnie wplatający blast-beaty w poszczególnych utworach, natomiast wokalista sprawnie manewruje barwą głosu, i raz mamy koloryt i melodykę, a raz mamy dynamiczne fragmenty okraszone growlem. Jak to już z progresami bywało – utwory budowane są na nieszablonowych, połamanych patentach, z częstą zmianą metrum, dużo tu nielinearnych rytmów, a ostateczny efekt ubarwia kunszt wokalny Grzegorza Gołaszewskiego. 

Jeśli chodzi o słabe strony omawianego materiału, to jest zdecydowanie za krótki, bowiem trwa zaledwie pół godziny. Po jej odsłuchaniu pozostaje pewien niedosyt, mimo, że olsztyńska formacja posiada potencjał, co udowodniono na „Pure Heart”. Znajdą się drobne potknięcia, nieprzemyślane fragmenty, jak wspomniany już wstęp do Crossroads, jednak zrobili na mnie wrażenie swoim debiutem, czego wyraz dałem w tekście. Nietypowe brzmienie i ciekawe teksty, a w ostateczności – ło panie 🙂 Szkoda, że tak mało pisze się o nich w artykułach muzycznych – zasługują na dużo więcej, niż dotychczasowe kilka wzmianek. Ze zniecierpliwieniem oczekuje na nowy materiał – 29.10.2020 zespół będzie można zobaczyć w warszawskim pubie 2koła i samemu stwierdzić czy moje ahy i ohy są zasłużone.

                                                                                Moja ocena

7.8/10

Wybrane utwory z debiutu fonograficznego formacji:

A poniżej utwór kapeli z nowym wokalistą:

Zobacz również:

Do tej pory pisano o zespole w:

Zawartość płyty w serwisie jutub:

Jeśli przypadły Ci do gustu niniejszy tekst, to powinieneś zobaczyć także:

Moja strona na fejsie:

Posted by admin in Nowości i względne nowości, Współczesna scena muzyczna, 0 comments

[1991] – Armia – „Legenda”

[1991] - Armia - "Legenda"

Tytułem wstępu

Powszechnie uważa się „Legendę” Armii za jeden z ikonicznych albumów rodzimego rocka.  W niniejszym tekście przybliżyłem poszczególne aspekty tego legendarnego arcydzieła, które według mnie stanowią o fenomenie tej płyty. Tak się składa, że album skończył w tym roku 30 lat, z tej też okazji przybliżyłem kilka najciekawszych, wg mnie, recenzji tegoż arcydzieła, buszowałem w otchłaniach internetów w poszukiwaniu minionych wywiadów z muzykami formacji. Tekst zawiera trochę retrospekcji, jak i współczesnej recepcji albumu. Oprócz tego nurkowałem w odmętach jutuba w poszukiwaniu utworów kapeli i w ostateczności wyszedł taki tekst. 

Drugi w historii tej warszawskiej formacji krążek studyjny nagrano w składzie mówiąc umownie, klasycznym. Za charakterystyczne brzmienie waltorni (choć zdarzało się, że sięgał też po klawisze czy gitarę) odpowiadał Krzysztof „Banan” Banasik – były muzyk Kultu i współtwórca „Tańca szkieletów” – solowego debiutu Tomasz Budzyńskiego, który jest do dzisiaj frontmanem Armii. Na gitarze basowej zagrał Dariusz „Maleo” Malejonek – znany przede wszystkim entuzjastom rodzimej sceny niezależnej, muzyk zespołów takich jak Kultura, Izrael czy Moskwa. Za dynamiczne i mechaniczne partie bębnów to odpowiadał, nieżyjący już, Piotr „Stopy” Żyżelewicz.

Na gitarze z kolei udzielał się Robert „Afa” Brylewski, który – jak twierdzi po latach wokalista Tomasz Budzyński – stworzył brzmienie Armii, które jest unikalne, nie ma takiego drugiego na świecie. Ostatecznie album wydano w maju bądź czerwcu 1991. Jak wspominał w gazecie „Brum” z 1991 roku Tomasz Budzyński – na samym początku muzycy nagrali ścieżkę perkusji i miało to miejsce w czerwcu 1990 w studiu na Wawrzyszewie. Następnie przewieziono taśmy na Mazury, gdzie ówcześnie przebywał zespół i tam dograno resztę instrumentów. Wokale i ostateczne miksy dokonano w Warszawie na poddaszu u Stopy. 

Ostatecznie, prace nad albumem ukończono przed Bożym Narodzeniem 1990 roku. Mimo wysokiego dziś statusu – Legenda początkowo wcale nie okazała się wielkim sukcesem popularnościowym. Wkrótce po wydaniu drugiego albumu Armii, klasyczny skład Armii przestał istnieć. 

O tekstach

Teksty powstały, w znacznej mierze, na Mazurach, a część z nich narodziła się w końcowym etapie nagrywania. Warstwa liryczna na tej płycie stanowi, wg mnie, kluczowy element powodujący o niepowatarzalnym, nierealnym klimacie drugiej płyty studyjnej Armii. Nierzadko są one trudne – mi przynajmniej interpretacja sprawia problemy – momentami może nieco zbliżone do tych z omawianej wcześniej Nowej Aleksandrii Siekiery, z której to zresztą T. Budzyński wiążę swoje początki kariery scenicznej. Przyjrzałem im się dokładnie.

Nieco dadaistyczne, surrealistyczne, ale za to niesamowicie Klimatyczne. Dodatkowo, większość tekstów na albumie cechuje pewien oniryzm, mistycyzm, a także pewna tajemniczość przed nieznanym. Utwór Moja zemsta to wręcz manifest gnostycyzmu – przyznaje Budzyński. Pierwotnie Opowieść Zimowa nazywała się Okna, a skomponował ją samodzielnie Robert Brylewski. Partie basu zagrał Banan, a nie Darek Malejonek, natomiast partie gitary gra na utworze brat Stopy, Janek. Istnieją dwa miksy tego utworu – pierwszy, nagrany przez T. Budzyńskiego i R. Brylewskiego na pierwszej wersji Legendy wydanej na kasecie przez Wifon. 

Miks ten robiony u Stopy po nocach, jak wspomina frontman. Natomiast drugi miks zrobił już R. Brylewski, który potem wydano na kompakcie i to było pół roku później, chybaMiks ten różni się nie tylko brzmieniem, ale też we wspomnianym utworze jest pewna zmiana – w trzecim refrenie ja powinienem śpiewać normalnie tekst… ale nie ma tam tekstu tylko jest pewne wzbudzenie gitary. Robert Brylewski był mistrzem wzbudzaniu gitary… Ktoś kiedyś powiedział, że Afa gra jak Hendrix […] wzbudzenie gitary polega na tym, że gitarę zbliża się do wzmacniacza i ona zaczyna tak piszczeć. 

Wielu słuchaczy w tekstach Budzyńskiego doszukuje się odwołań do buddyzmu i jednocześnie tradycji ludowego chrześcijaństwa. Jak twierdzi w jednym z wywiadów sam lider – Płyta Legenda dotyczy spraw duchowych –  dodając, że jest tu raczej bardziej osobą poszukującą twierdząc – to było nieświadome, ale to już się pojawiało  większość tekstów na albumie trudno wytłumaczyć, ot tak, to można pisać felietony w gazetach albo jakieś inne publicystyczne. Zwraca również uwagę na doniosłą rolę symboliki w tekstach oraz długim, bo nawet ponad rocznym procesie tworzenia warstwy lirycznej na ten album.

Tomasz Budzyński, wielokrotnie odżegnując się od rockowej sztampy, nazywał Armię zespołem baśniowymJerzy Prokopiuk nazwał ją perłą poezji gnostyckiej, będąca świadectwem ewolucji grupy w jeszcze bardziej metafizyczną stronę. Przykładem mistycznego wymiaru Legendy może być numer Opowieść zimowa. Nawiązuje do nocy wigilijnej Dnia św. Łucji tj. 12/13 grudnia, kiedy dzień staje się najkrótszy w roku, a ludzie, zgodnie z wierzeniami, najbardziej narażeni są na działanie sił szatana. Jak twierdzi wokalista – tekst do utworu sprawiał mu problem i powstawał, aż rok. 

Ostatecznie, posiłkował się poezją Artura Rimbauda m. in. otwierające utwór jest w lesie ptak pochodzi z wiersza „Illuminacje” wspomnianego. Na Legendzie, jak na niemal każdym krążku firmowanym przez T. Budzyńskiego, odnajdziemy mnóstwo inspiracji różnymi dziedzinami sztuki. Dwa utwory: Dla każdej samotnej godziny i To, czego nigdy nie widziałem to tłumaczenia tekstów Samuela Becketta i Leonarda Cohena.  W tekstach Budzyńskiego słychać także echa twórczości Tolkiena, Williama Szekspira i poety T. S. Elliota.

Żyjemy w XXI stuleciu, gdzie od strony tekstowej współczesnych zespołów już dawno ustalono pewien kanon tematyczny. W warstwie lirycznej współczesnych, co raz częściej  zawierane jest miałki przekaz, podejmowane są tematy popularne. Jak twierdzi Tomasz Budzyński – jakieś komentarze do tego co się dzieję w polityce czy obecnie na świecie to to jest faktycznie proste napisać tak na prawdę. Dodatkowo, w „piosenkę” taką wplata się chwytliwą muzykę, skoczny rytm i mamy przepis na hit. 

Analogiczne zjawisko zaobserwować można w branży filmowej – z roku na rok co raz ciężej trafić na produkcję kinematograficzną o głębi, zmuszającą do refleksji typu Czas ApokalipsyTaksówkarz, czy Łowca Jeleni, a co raz częściej dostajemy hity bardziej nastawione na miałki przekaz, ale o walorach rozrywkowych – takie w sam raz żeby skonsumować, przetrawić, wydalić i z niedosytem sięgnąć po następny produkt.  

Marcin Miller i Stanclewo

Wyjazd do Stanclewa – wsi między Mrągowem a Biskupcem, gdzie wówczas swoją siedzibę miało studio Złota Skała prowadzona przez R. Brylewskiego, sfinansował Marcin Miller. Niniejsza postać – jak twierdzi współcześnie frontman Armii, Tomasz Budzyński – jest to mecenas sztuki, który mieszka w Londynie i umożliwił muzykom pracę w mazurskiej lokacji. Historia jest o tyle ciekawa, że w schyłkowych latach 80. spotkał się on z Afą w Londynie, gdzie zaproponował, że kupi ziemię na Mazurach oraz niezbędny do nagrań sprzęt – gitary, perkusję, konsoletę mikserską, wzmacniacze. Utworzone wówczas studio ma niezwykłe dla naszej kultury zasługi. 

Na zakupionych 50 hektarach, jak twierdzi wokalista,  zamieszkali muzycy Armii i Izraela, a owocem prac jest legendarna Legenda.  Przeprowadziliśmy się tam pod koniec lat 80. wraz z muzykami Armii i Izraela. Tworzyliśmy sporą załogę, wręcz rodzinę – odpowiadają zgodnie jej twórcy w magazynie „Brum”. Wokalista kapeli twierdzi współcześnie, że była to komuna artystyczna. Wśród stałych bywalców byli ludzie tacy jak Sławek Gołaszewski czy Juras Giebułtowski. Co do tego pierwszego, to frontman Armii wspomina, iż jego filozoficzne wywody wywarły na nim niebagatelne wrażenie. W ich tymczasowym domu w Stanclewie panował znaczny ruch, jedni przyjeżdżali i mieszkali z nami różni muzycy, a przebywanie w ich gronie pozytywnie na proces twórczy.

Żyło się w innym czasie, innym rytmem. Wszystko toczyło się wolniej niż w mieście. Mogliśmy grać w nocy, rano, w domu, na powietrzu. Ten klimat przenosił się na koncerty, bo jeździliśmy na nie całą załogą. Razem żyliśmy, jedliśmy, sprzedawaliśmy butelki, żeby mieć na jedzenie. „Banan” ćwiczył na waltorni w lesie. Mieszkały z nami koty i psy. Gdzie się nie ruszyliśmy szła za nami wataha zwierząt. W lesie 20 metrów od domu można było spotkać sarny i dziki. Czytałem wtedy „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta. Rodziły się dzieci. To była utopia. „Legenda” nosi w sobie ducha tych czasów. 

Gdy nagrywaliśmy gitarę w utworze „Legenda”, w nocy podczas przerwy, przez otwarte okno usłyszeliśmy zawodzący śpiew ptaka. I Robert powtórzył ten dźwięk na gitarze, za chwilę już to graliśmy  – wspominał w wywiadzie dla miesięcznika „Brum” T. Budzyński.  Zazwyczaj musieliśmy grać po jakichś norach. Tam warunki mieliśmy doskonałe. Duch tej płyty, jej wyjątkowa poezja, bierze się z miejsca, w którym ona powstawała – twierdzi wokalista – Gdyby ona powstawała w mieście, brzmiałaby zupełnie inaczej. Wieś, lasy, inny zapach, inne powietrze, zwierzęta podchodzą pod dom. W takich warunkach mieszkaliśmy przez dwa lata. To zrobiło ogromne wrażenie na nas i słuchaczach.

Moim subiektywnym zdaniem

Brzmienie Armii z okresu Legendy próbowano wielokrotnie zaszufladkować i przyznaje, że również wielokrotnie to robiłem. Jednak po wnikliwej analizie utworów zawartych na płycie, wsłuchanie się w nią – zauważam jak dużą szkodę twórcom robią wspomniane szufladki. Bo weźmy np pierwszą z brzegu – hardcore punk – którą z racji dynamiki, można się doszukiwać podobieństw. Dalej, rock chrześcijański, która to, owszem, ma sens, jednak moim zdaniem Legenda nie jest płytą, gdzie wręcz ekspansywnie i arogancko nakazuje się wiarę, a raczej subtelnie, niemal symbolicznie autorzy tekstów sugerują obecność niewidzialnej postaci w naszym życiu. Ja to tak odbieram, a po wysłuchaniu całego albumu, jako ateista zaznaczam, wciskam przycisk riplej, bowiem opowieść T. Budzyńskiego i ściany dźwięku nieżyjącego już Afy, po trzydziestu latach od wydania, intrygują mnie jak mało co. 

Trudno jednak zawrzeć w dwóch słowach kwintesencję stylu tej warszawskiej ikony. Często jest przyrównywana do artystów zachodnich. Jest tak np z kapelą Killing Joke, którą kapela supportowała na Róbrege w 1990. Oczywiste jest, że rodzime formacje czerpały wzorce z krajów zachodnich, bo chcemy czy nie były to wyznaczniki mody.  Z tego też powodu, współcześni recenzenci doszukiwali się analogii do wspomnianej, co jest zdecydowanie nietrafione. Materiał zawarty na drugim krążku studyjnym tej warszawskiej grupy oprócz faktu, że stosowane są tam monumentalne ściany dźwięku, muzyka bywa agresywna, surowa, energetyczna, to występują również dość subtelne, wysublimowane rozwiązania, nieco tu romantyzmu, ale i napięcia, strachu. 

Dominują tu momenty pełne agresji, ale i senne, melancholijne motywy. Ponure kolorystycznie, jednocześnie pełne podskórnego życia. Brutalny gitarowy hałas, nakładany na wielu planach, wieńczony brzmieniami waltorni i klarnetu. Z pewnością dojrzeć można w muzyce grupy ten dualizm, te dwa odrębne oblicza. Instrumentarium stosowane podczas jej rejestracji to oprócz klasycznie rockowych również klawisze, flet, instrumenty dęte. Kolejną, która jest już bliższa istoty tego czym właściwie Armia na Legendzie była to symfoniczny punk bądź post-punk. A chyba najbliżej – artystowski post punk – mając na uwadze fakt, że często szufladkowanie idzie w parze z częściowym niedocenieniem twórców.

Powyżej przybliżono aspekty świadczące o tym, że Armia za czasów omawianego krążka to przede wszystkim silnie artystowski kolektyw. Już na debiucie studyjnym kapeli, koncertach gdzie szata graficzna stanowiła nieodłączną część widowiska czy czwartej płycie Triodante – wizualne aspekty w działalności kapeli nadal są jednym z nieodłącznych elementów, które pod uwagę musi brać recenzent muzyki Armii. Zmierzam do tego, że muzyka nie stanowi, zdecydowanie, jedynej płaszczyzny sztuki, na której spełnia się Armia. Biorąc pod uwagę parateatralne przedstawienia ilustrujące muzykę z Legendy, ukazywały Armię w szerszym kontekście artystycznym. Analogicznie było z tekstami utworów. Legenda była po wydaniu czymś, zdecydowanie, wyprzedzającym ówczesne standardy, kanon. Może nawet właśnie dlatego, że trudno było ją wrzucić do określonego wora odniosła wyłącznie względny sukces. Tak czy owak, omówiona płyta broni się wśród dzisiejszych produkcji i jest dla mnie albumem ponadczasowym.

Przełom lat 80 i 90. był dla muzyków szczególnym momentem – Wiadomo, że nie można było kupić tych wszystkich kolorowych odświeżaczy do łazienki, ale można było przeżyć za parę groszy. Potem górę wzięła ekonomia. Czas nagrywania „Legendy” to był ostatni akord komuny. Dopiero kiedy system się już kończył, znaleźliśmy sobie w nim miejsce. I niestety w nowym systemie znowu musimy uczyć się wszystkiego od nowa. Rafał Księżyk nie bez racji pisał – Legenda to chmurna i rozmarzona puenta całego czadowego undergroundu lat 80., łącząca brutalność i wysublimowanie w momencie, gdy wraz z nastaniem transformacji ustrojowej kończył się czas heroiczny sceny alternatywnej, ekonomiczna presja poczynała podmywać jej grunt.

Moja ocena

9/10

Druga płyta Armii. Z racji, że pierwszy album wielokrotnie odświeżano i dodawano kawałki z poprzednich , a w rzetelność spisów nie do końca wierzę, zatem, poniżej jeden z bardziej prawdopodobnych układów:

[1991] – Armia „Legenda”

[2017] - Jacaszek & Budzyński - "Legenda"(brakuje jednego kawałka)

[1991] – Armia „Legenda”

Żródła:

[1991] – Armia „Legenda”

Mogą Ci się spodobać poniższe teksty:

Jeśli chcesz posłuchać powyżej omawianego albumu w serwisie streamingowym, to kliknij w przycisk poniżej:

Możesz udać się bezpośrednio na moją stronę Facebook:

[1991] – Armia „Legenda”

[1991] – Armia „Legenda”

[1991] – Armia „Legenda”

[1991] – Armia „Legenda”

Posted by admin in Klasyczne albumy, Niezależne wytwórnie fonograficzne, PRL'owskie podziemie muzyczne, 0 comments

[1979] – Joy Division – „Unknown Pleasures”

[1979] - Joy Division - "Unknown Pleasures"

Zamiast wstępu:

Debiutancki album studyjny „Unknown Pleasures”, wydano 15 czerwca 1979 roku. Prace nad tą ikoniczną dziś płytą długogrającą rozpoczęto w kwietniu 1979. Jak twierdzi jej wydawca – nagano ją w niecałe trzy tygodnie między 1 a 17 kwietnia 1979. Był to pierwszy w historii Factory Records LP. Warto nadmienić, że był to jedyny krążek pełnogrający kapeli Joy Division wydany ze życia wokalisty kwartetu – Iana Curtisa. 

Muzycznie, materiał zawarty na omawianym LP stanowi kwintesencję post punkowego brzmienia. Muzycy z Joy Division stworzyli, wówczas, jedno z najbardziej oryginalnych brzmień, jakie kiedykolwiek słyszano w muzyce. Jednak zanim wypracowano wspomniane nowatorskie brzmienie, jak na tamte czasy, kapela spędziła ponad dwa tygodnie w studiu nagraniowym. Należy wspomnieć, że w momencie rozpoczęcia w nim pracy nad debiutem studyjnym – muzycy nie mieli doświadczenia w procesie nagraniowym. Zatem, kto odpowiada w znacznej mierze za sukces „Unknown Pleasures”? 

 

Martin Hannett

Współpraca muzyków z Joy Division razem z wizjonerskim, wyspecjalizowanym w swoim fachu oraz niezwykle kreatywnym producentem Martinem Hannettem, zaowocowała jednym z najbardziej ikonicznych post punkowych albumów fonograficznych. Pierwszą fundamentalną zmianą, którą zaproponował on muzykom z Joy Division to odejście od pierwotnego punkowego łomotu typu trzy akordy znanego z „An Ideal for Living” (1978)… Zamiast tego zaprononował skupić się na oszczędniejszym brzmieniu, rozbudowanej warstwie rytmicznej okraszonej barytonem. W latach poprzedzających „Unknown Pleasures” mało kto stosował w swoim brzmieniu kierunek, który zaproponował M. Hannett. 

Twierdził wówczas, że punk-rock jest dźwiękowo bardzo konserwatywnym nurtem ze względu na odmowę przez jego twórców zastosowania zaawansowanej technologii studyjnej w celu stworzenia przestrzeni dźwiękowej. Jak zauważono na portalu Pitchfork – W swoim brzmieniu [„Unknown Pleasures„] przypomina klaustrofobiczne Idiot Iggy’ego Popa czy Low Davida Bowiego. Zaproponował, aby na albumie zastosowano szereg nietypowych technik produkcyjnych i efektów dźwiękowych np wykorzystując w procesie nagraniowym dźwięk toalety. Odnosząc się do sesji nagraniowych, P. Hook przypomniał sobie: Sumner zaczął używać wbudowanego w zestaw syntezatora […], w szczególności w „I Remember Nothing”, gdzie w tle słychać dźwięk tłuczonych przez Roba Grettona i Stevea butelek repliką pistoletu Walther. 

Pierwotnie, ostateczne brzmienie krążka nie do końca podobało się członkom zespołu. M. Hannet znacznie zmienił brzmienie grupy, co niestety nie spotkało się z zadowoleniem muzyków bandu – wspomina P. Hook. I. Curtis oraz S. Morris byli pod wrażeniem pracy Martina, natomiast basista twierdzi – Nie mogłem ukryć mojego rozczarowania za pierwszym razem. Materiał brzmiał jak Pink Floyd. B. Sumner twierdził Muzyka była głośna i ciężka i czuliśmy, że Martin ją stonował, szczególnie gitary. Produkcja sprawiła, że materiał był mroczny, a nad albumem krążył ponury nastrój. Mieliśmy za to żal… 

Tony Wilson z Factory przedstawiał producenta jako kogoś, kto doświadcza synestezji, rzadkiego przypadku pomieszania zmysłów On widział dźwięk, umiał go kształtować i konstruować. W trakcie rejestrowania materiału, użył wielu niecodziennych efektów muzycznych oraz technik produkcji, włączając w to odgłosy tłuczonej butelki, chrupania chipsów, czy wyciszanie gitary, przez co była słyszalna w tle oraz dźwięki windy. Jak wspomina Hook: Daliśmy mu świetne utwory, a on jak kucharz, dodał trochę soli i pieprzu oraz odrobinę ziół.

Dopiero w 2006 roku w jednym z wywiadów basista formacji stwierdził, że to właśnie niniejsza osoba jest odpowiedzialna za stworzenie niepowtarzalnego dźwięku. Po latach jednak wypowiada się w inny sposób: Dziś wiem, że błądziłem. Zrozumiałem, że Martin sprawił nam najwspanialszy prezent, jaki producent może dać zespołowi – wieczność. Unknown Pleasures to jeden z tych albumów, które nigdy się nie zestarzeją.

Okładka

Peter Saville, który przed wydaniem „Unknown Pleasures” projektował plakaty dla klubu Manchester’s Factory w 1978 roku, został poproszony, aby zaprojektować okładkę albumu Joy Division. Sumner lub Morris wybrał obraz, który znalazł się na okładce, a przedstawia fale radiowe. P. Saville odwrócił kolory ilustracji z czarnego wzoru na białym tle, mimo, że kwartet preferował oryginalne barwy. W XXI wieku stopniowo zaczęła stawać się ona ikoną poza fandomem Joy Division. Raf Simons oraz P. Saville podczas projektowania ubrań w 2003 roku, zawarli na nich okładkę płyty. Grafikę do albumu Vince Staples’a z 2015 „Summertime ’06” oparto na motywie zaczerpniętym z okładki Joy Division. W 2012 roku korporacja Disneya zastosowała zdjęcie na koszulce z Myszką Miki, co zostało potraktowane jako żart, ale z założenia – nie miał nim być. Jej autor umiejscawia jej fenomen właśnie w prostocie i uniwersalności przekazu.

Recenzje

Krytycy muzyczni w swoich retrospektywnych recenzjach byli praktycznie jednomyślni. W 1994 roku Jon Savage twierdził, że „Unknown Pleasures” stanowi przykład rocka gotyckiego z północy [Anglii]: [na płycie zawarto] depresyjne, romantyczne, klaustrofobiczne [utwory]. Stuart Maconie z Select uznał wspomniany album za jeden z najlepszych debiutów studyjnych w historii. Ned Raggett, recenzując album dla AllMusic, stwierdził, że to jeden z najlepszych albumów wszechczasów. Robert Christgau powiedział – zasługą I. Curtisa jest, że surowa, niepokojąca muzyka, jest tak przekonująca, autentyczna. 

Tuż po wydaniu zremasterowanej wersji albumu w 2007 roku, w brytyjskim magazynie muzycznym NME nazwano go jako jedną z najlepszych płyt, jakie kiedykolwiek powstały, i wciąż jest wystarczająco dobra po 28 latach od jej opublikowania. W 2000 roku trafił na listę Colina Larkina 1000 najlepszych albumów, gdzie trafił na 249 pozycję. Aż z niedowierzaniem udałem się zobaczyć zestawienie tego mistrza i faktycznie – a wiecie co znalazło się na dwóch pierwszych miejscach? The Beatles w jednym worku z Joy Division. Rozumiecie – nieistniejące już zespoły, gdzie pierwszy o zasięgu, popularności ogólnoświatowej w jednym zestawieniu z formacją offową.

                                                                       Moja ocena:

9/10

Utwory zawarte na pierwszym albumie pełnogrającym z 1979:

Strona A:

Strona B:

Wydanie Unknown Pleasures z 2007 roku:

Oprócz faktu, że znalazł się tam materiał oryginalny, odświeżony, to dodano również płytę z materiałem na którym zamieszczono utwory zarejestrowane podczas koncertu kapeli z 13 sierpnia 1979. 

[2011] - Peter Hook & the Light - "Unknown Pleasures, Live In Australia"

Żródła:

Jeśli niniejszy tekst przypadł Ci do gustu to polecam także:

Jeśli chcesz posłuchać powyżej omawianego albumu w serwisie streamingowym, to kliknij w przycisk poniżej:

Możesz udać się bezpośrednio na moją stronę Facebook:

Posted by admin in Klasyczne albumy, Niezależne wytwórnie fonograficzne, Zagraniczne grupy muzyczne, 0 comments

[1986] – Siekiera – „Nowa Aleksandria”

[1986] - Siekiera - "Nowa Aleksandria"

Bez zbędnego wstępu… Wraz z odejściem ze składu formacji Tomasza Budzyńskiego – zmianom uległo brzmienie kapeli. Zaczęto odchodzić od punkowego oblicza grupy, znanego choćby ze świetnego występu w Jarocinie z 1984 roku, a zbliżano się do ponurej i dekadenckiej zimnej fali z dadaistycznymi tekstami utworów. Wówczas, wielu punkowych ortodoksów miało muzykom tej formacji za złe tej zmiany. Nowa Aleksandria nowej, wówczas, Siekiery była płytą zbyt odważną, zbyt nowatorską, jak na ówczesne rodzime realia, bowiem nie wpasowywała się w PRL’owski kanon, obfitowała w niezbyt zrozumiałe, nieco abstrakcyjne teksty, jednak dziś wielokrotnie lokuje się ją na piedestale rodzimego rocka lat 80. W niniejszym tekście przyglądam się poszczególnym aspektom tej legendarnej płyty.

 

Zanim rozwinę powyższą myśl – fachury, szefowie i inni mentorzy wielokrotnie wspominają, iż muzycy tej puławskiej legendy mocno inspirowali się angielskimi kapelami zimno falowymi. Następstwem tego jest brak oryginalności produkcji, jej wtórność w porównaniu do chronologicznie młodszych grup, mowa jest nawet o plagiacie. Powiem tak – nawet jeśli, to muzycy rodzimej Siekiery zrobili to fenomenalnie. Młodociani, wówczas,  członkowie tego kwartetu wnieśli dużo własnej inwencji i szczerze nie znam drugiej takiej płyty o tak silnym przekazie, gdzie, paradoksalnie, w warstwie tekstowej tak niewiele powiedziano. 

 

Dziś, można zestawić ze sobą dwa albumy utrzymane w podobnej dystopijnym klimacie tj. Nową Aleksandrię z debiutem kapeli Killing Joke, i stwierdzić, że rzekoma „kopia” nie ustępuje pierwowzorowi. Realia w jakich nagrywano pierwszy album długogrający Siekiery – szarzyźnie komunizmu, okresie marazmu, braku alternatyw, pogrążania się ówczesnych generacji w apatii, czy zamordyzmu powoduje, że przekaz utworów wspomnianej legendy nabiera autentyczności, czego nie mogę się doszukać w przekazie zachodnich grup. Myślę, że w przypadku PRL’owskich produkcji muzycznych niezwykle ważne jest tło historyczne, realia w jakich powstawała muzyka. Nie znam produkcji muzycznej, a dużo słucham, do której wracałbym z taką częstotliwością, jak do Nowej Aleksandrii. Klimat w jakim utrzymano to arcydzieło wręcz przytłacza – z jednej strony swoją posępnością, a z drugiej monumentalnością.

 

Nowa Aleksandria jest w warstwie brzmieniowej płytą bardzo surową, szorstką, niezrozumiałą, mroczną. Teksty utworów zawartych na tym krążku pełne są niedopowiedzeń, niejasności, a w większości utworów przeważa nihilistyczna i mizantropijna maniera. Wokal ogranicza się jedynie do mantrycznego, beznamiętnego powtarzania dadaistycznych w duchu tekstów, często dość lapidarnych, składających się z powtarzania jednego lub dwóch wersów. Niemal zapętlonemu wokaliście wtórują gitarowe repetycje oraz tajemnicza i hipnotyczna aura wytwarzana przez instrumenty klawiszowe – całościowo, album stanowi wielki zdehumanizowany krajobraz.  

 

Omawiane arcydzieło nie znalazło i nie znajdzie zwolenników w gronach oczekujących od zespołów muzycznych wirtuozerii, pokazów umiejętności wokalnych a’la Freddie Mercury, ugrzecznionych radiowych hitów, bowiem wykonanie stoi na nieznacznie wyższym poziomie w porównaniu z typowym punk rockiem. Zatem, gdzie kryje się fenomen niniejszej produkcji? Nie znam produkcji muzycznej, a dużo słucham, do której wracałbym z taką częstotliwością, jak do Nowej Aleksandrii Siekiery. Entuzjaści produkcji o przytłaczającym klimacie – mrocznym, posępnym i monumentalnym – jeśli jeszcze nie słyszeli tej perełki, to koniecznie muszą nadrobić zaległości.

 

                                                                                            Moja ocena:

8/10

Jeśli chcesz posłuchać powyżej omawianego albumu w serwisie streamingowym, to kliknij w przycisk poniżej:

Możesz udać się bezpośrednio na moją stronę Facebook:

[1986] - Siekiera - "Nowa Aleksandria"

Wydawnictwa poprzedzające debiut:

[1986] - Siekiera - "Nowa Aleksandria"

"Jest bezpiecznie / Misiowie puszyści" (1986)

Podczas sesji nagraniowej z 1985 roku zarejestrowali, aż 4 utwory - oprócz dwóch wymienionych również "To Słowa" oraz "Serce". Pierwszy z nich znalazł się na reedycji z 1992, a drugi dopiero na dwupłytowym wydaniu MTJ z 2012. Wiesław Królikowski na łamach Magazynu Muzycznego pisał wówczas Po wysłuchaniu singla

zrealizowanego dla Tonpressu trudno jeszcze powiedzieć, dokąd udało się zespołowi dotrzeć, ale bez wątpienia próbuje on artystycznych poszukiwań. Misiowie puszyści z <tekstem> ograniczającym się do <Szewc zabija szewca, bum tarara, bum tarara>  […] Siekiera dołącza więc do grup przypominających, że za pomocą bardzo prostych środków i kontrolowanej ekspresji daje się w rocku osiągać wielkie napięcie emocjonalne, które samo w sobie okazuje się pewną wartością, które wydane zostają wydane na wspomnianym singlu i wielu kompilacjach m.in. Jak punk, to punk.

[1986] - Siekiera - "Nowa Aleksandria"

Źródła internetowe:

Jeśli spodobał Ci się powyższy tekst, to mogę polecić:

Posted by admin in Klasyczne albumy, PRL'owskie podziemie muzyczne, 0 comments

[1980] – Killing Joke – „Killing Joke”

[1980] - Killing Joke - "Killing Joke"

 

 

 

Na wstępie, chciałbym się zmierzyć z pewnym mitem narosłym wokół gatunku, jakim był post-punk. Nie, nie dlatego, że jest to mój „ulubieny” nurt muzyczny, a raczej, że wielokrotnie, po ponad 4 dekadach od jego powstania nadal wrzucany jest do jednego wora z olbrzymami rocka, którzy swoje prestiżowe miejsce w kanonie legend rockowych zawdzięczali nieprzeciętnym umiejętnościom wokalnymi, wypracowanemu warsztatowi, finezji, kunszcie… Krótko mówiąc, cechom, których w znacznej ilości przypadków środowiska post punkowe, offowe nie posiadały. Trudno dziś zestawić płyty nieistniejącego już Joy Division z również nieistniejącym Queen i doszukiwać się analogii. To trochę, jak znęcać się nad słabszym. Kapele post punkowe, wg mnie, nadrabiały za to autentycznością czy atmosferą utworów, której żaden inny nurt w historii muzyki nie powtórzył. Tak jest w przypadku poniższej, która bywa często oceniana na tle współczesnego brzmienia, ale… W poniższym tekście przybliżyłem historię powstawania płyty „Killing Joke”, zwróciłem również uwagę na istotne, w moim mniemaniu, aspekty tego debiutu. Nie jest to zatem recenzja, bo o albumie powiedziano już dużo – jest to przede wszystkim tekst, w którym przybliżyłem kulisy powstawania tego post punkowego klasyka czy retrospekcyjne recenzje specjalistów tego, mającego już ponad 4 dekady, ikonicznego albumu.

 

Eponimiczny album studyjny ikony rocka gotyckiego, jednego z prekursorów post punka, wydano 5 października 1980 roku, a ukazał się nakładem niezależnej firmy E.G. Records (Polydor Records). Materiał na płytę zarejestrowali w londyńskim Marquee Studios, tuż po trasie promującej EPkę Anglików z Killing Joke, zatytułowaną Turn to Red z 1979.

Muzycy formacji utrwalili materiał na Killing Joke w znacznej mierze samodzielnie, wpływ inżyniera dźwięku na ostateczne brzmienie krążka było nieznaczne. Phil Harding, który współpracował z kapelą nad ostatecznym jej efektem, twierdził, że prace mogły potrwać zaledwie dwa tygodnie, bez dogrywania i wielu powtórzeń. 

 

Teksty do numerów na albumie napisali Coleman i Ferguson poruszając tematy takie jak polityka, śmierć, hipokryzja, ludzka natura, zanieczyszczenie i apokaliptyczne wizje świata w okresie zimnej wojny. Sam Coleman wspominał w jednym z wywiadów, że w tekstach zawarł m.in. narastający strach z powodu zimnej wojny. Okładkę płyty oparto na fotografii Dona McCullina przedstawiającej młodych buntowników próbujących uciec przed chmurami gazu CS uwolnionego przez armię brytyjską w Derry w Irlandii Północnej 8 lipca 1971 r. podczas zamieszek. 

 

Frontman tej angielskiej formacji, Jaz Coleman – współzałożyciel Killing Joke był w okresie poprzedzającym post punkową surowość – chórzystą oraz skrzypkiem. Mając dwadzieścia lat uczestniczył w procesie nagrywania płyty fonograficznej, która brzmieniowo stanowi fuzję punka, metalu, funku oraz topornej, plemiennej intensywności. Otwierający krążek numer „Requiem” wprowadza słuchacza w posępny, mechaniczny i dystopijny klimat materiału zawartego na krążku. Przeszywający puls syntezatora otwierający pierwszy numer na płycie, przypomina mi dźwięki wydawane przez tomograf magnetyczny. W pulsujący rytm wkomponowano elementy dubu, jazgotu gitarowego oraz krautrocka, a całość opatrzono gardłowym śpiewem. Barwa głosu frontmana przypomina nieco charczący wokal nieżyjący już Lemmyego z Motorhead, której z pewnością nie zaaprobowałby jego nauczyciel śpiewu z czasów chóru. 

 

Po odsłuchaniu takich numerów, jak industrialnego „Requiem”, apokaliptycznego „Wait”, niezwykle atmosferycznego i tajemniczego „S.O.36”, zdehumanizowane „Wardance”, można stwierdzić, że jest to album utrzymany w dość dekadenckiej, dystopijnej atmosferze. Nie do końca tak jest, bo obok topornych kompozycji i mimo posępnych, mizantropijnych i przepełnionych frustracją tekstów – na płycie zamieszczono również utwory silnie inspirowane funkiem, z chwytliwą melodią, o potencjale na przebój radiowy. Mowa o tanecznym, instrumentalnym „Bloodsport” albo numerze „Change”, który mimo, że pojawił się tylko na amerykańskim wydaniu ich debiutanckiego albumu z 1980 roku oraz na stronie B singla „Requiem”. Płyta jest zatem urozmaicona brzmieniowo, nie jest nudna, wtórna, powtarzalna, jak to mówił pewien guru internetów. Oceniając album, który ukazał się ponad 4 dekady temu, proponuje zestawić z innymi albumami wówczas wydawanym, co umożliwi stwierdzić, że jak na ówczesne realia – był i nadal jest to materiał genialny. Tuż po wydaniu, wszedł na UK Albums Chart 25 października 1980 roku i ostatecznie osiągnął numer 39. 

 

Warto podkreślić, że to sekcja rytmiczna zespołu tj. Paul Ferguson (perkusja) i Martin Glower aka Youth (bas) robi genialną robotę na tym albumie. Przykładem może być hipnotyzujący „Primitive” z powtarzanym jak mantra motywem tyry-tyry-tyry albo du-ru-ru-ru na kotle. W połączeniu z brudnymi i metalicznymi przesterami generowanymi przez gitarzystę Geordiego Walkera oraz futurystyczną aurą, którą wytwarzają klawisze Colemana – uzyskane brzmienie stanowi przykład dla wielu epigonów z tzw. „drugiej fali post punka”.

 

W swojej retrospektywnej recenzji Bradley Torreano z AllMusic entuzjstycznie wypowiadał się o debiucie angielskiego kwartetu, nazywając go „podziemnym klasykiem” oraz albumem, który „zasługuje na więcej niż jego względnie nieznany status”. W biografii zespołu został on nazwany „wybitnym debiutanckim albumem” brzmienie, którego definiuje nurt jakim był post punk. Sputnikmusic nazwał płytę „post-punkowym arcydziełem plemiennego funk-rocka” z elementami metalu industrialnego. W 2019 roku Pitchfork umieścił album na 9. miejscu listy „33 najlepszych albumów industrialnych wszechczasów”. Został również dostrzeżony w magazynie „Kerrang!”.

 

                                                                                       Moja ocena:

8/10

Jeśli spodobał Ci się powyższy tekst to zapraszam na mojego Facebook'a klikając w poniższy przycisk.

Single z niniejszego albumu:

"Wardance/Psyche" (1980)

„Wardance” to pierwszy singiel legendarnego kwartetu post-punkowego Killing Joke. Został wydany w lutym 1980 roku przez Malicious Damage. „Wardance” został wydany na 7-calowym winylu przez Malicious Damage. Singiel nie znalazł się na listach przebojów w Wielkiej Brytanii, ale osiągnął numer 50 na amerykańskiej liście singli Billboard Dance Music/Club.

Źródła internetowe:

"Requiem" (1980)

„Requiem” to drugi singiel angielskiego zespołu post-punkowego Killing Joke. Został wydany we wrześniu 1980 roku przez E.G. Na stronie B zamieszczono "Change". Singiel nie znalazł się na listach przebojów w Wielkiej Brytanii, ale osiągnął 43 miejsce na liście Billboard Dance Club Songs w USA.

Żródła internetowe:

Jeśli spodobał Ci się powyższy tekst, to mogę polecić:

Jeśli masz ochotę posłuchać powyższego albumu w serwisie streamingowym to odnośnik do serwisu stramingowego znajduje się -->

Posted by admin in Klasyczne albumy, Niezależne wytwórnie fonograficzne, Zagraniczne grupy muzyczne, 0 comments
Sto twarzy Roberta Brylewskiego cz. 3

Sto twarzy Roberta Brylewskiego cz. 3

Falarek Band

Omawiana ikona nie należała z pewnością do muzyków o wąskich horyzontach. Przykładem może być Falarek Band, którego twórcami kapeli, byli Arkadiusz Antonowicz oraz Piotr Fala Falkowski [źródło]. Muzyk podczas rejestrowania w legendarnej Złotej Skale debiutanckiego materiału demo zespołu, dołączył do składu grupy jako wokalista [źródło]. Pierwotnie, jak wspominał R. Brylewski, miał to być projekt jamowy, niezobowiązujący, jednak po odsłuchaniu zarejestrowanego materiału stwierdzono, że należałoby go uwiecznić. W 1996 roku nagrano pierwszy album kapeli, a brzmieniowo była to fuzja rocka, noise i punka. Utwory, które na nim zawarto pochodzą z sesji nagraniowych z lat od 1992 do początków 1996. Nihilistyczno-flegmatyczna maniera wokalisty, w akompaniamencie hipnotycznej muzyki oraz ścian dźwięku sprawiają, że w ostateczności finalny produkt ociera się o awangardę muzyczną. Fenomenalny album dostrzeżono m. in. w  miesięczniku „Brum”, w którym uznano go za debiut roku. Ostatni koncert odbył się w 1998 roku, po czym efemeryczna kapela się rozpadła.

The Users

W drugiej połowie lat 90. R. Brylewski zaangażował się w polską scenę yassową. Egzemplifikacją jednej z grup muzycznych o bardziej doniosłych, według mnie, dokonań tamtego okresu jest grupa The Users. Kapela współtworzona przez m.in. jazzmana Mikołaja Trzaskę i performera oraz przedstawiciela Gdańskiej Sceny Alternatywnej Tymona Tymańskiego nagrała zaledwie jeden album w 1999 zatytułowany Nie idź do pracy. Materiał zawarty na krążku stanowi fuzję punk-rockowego brudu, hipnotycznej elektroniki z wysublimowanymi elementami jazzu i melorecytacjami Marcina Świetlickiego. Mimo, że kapela była efemerydą, a pod względem jakości materiału – nie można go zaliczyć do w pełni udanych produkcji – to jej atutem, wg mnie, jest dobór tak skrajnych gatunków muzycznych oraz posiłkowanie tekstów wierszowanymi fragmentami [źródło]. Ówcześnie, rzadko posuwano się do tak śmiałych eksperymentów muzycznych.

Działalność poza estradowa

Omawiana legenda sceny alternatywnej jest powszechnie kojarzona ze swojej kariery muzyka. Należy dopowiedzieć, że postać ta zasłynęła również jako wizjoner, influencer, tekściarz i koproducent. Cofnijmy się na chwilę do lat 80. XX stulecia, bowiem w 1983 roku wyszedł z inicjatywą zorganizowania festiwalu Róbrege, stanowiącego mekkę ówczesnych kapel alternatywnych [źródło]. Podczas edycji z 1986 roku wydano własnym sumptem, wraz z wspomnianym wcześniej P. Rozwadowskim, trzecioobiegowe nagrania grup uczestniczących w wydarzeniu zatytułowane Saluto! oraz Pierwsza podróż. Nagrania zarejestrowano na kasetach i ukazały się nakładem założonego przez R. Brylewskiego studia Złota Skała, które początkowo miało siedzibę w warszawskich Hybrydach, a następnie we wsi Stanclewo koło Olsztyna. Należy wspomnieć, że prężnie działająca firma nie istniałoby gdyby nie pomoc finansowa M. Millera, który zakupił muzykom niezbędny sprzęt [źródło]. Jak wspomina R. Brylewski w filmie „Exodus” – przez cztery lata działalności studia około 200 zespołów nagrało swój materiał. To jej nakładem ukazała się Legenda Armii, czy Tehno Terror Maxa i Kelnera.

Reaktywacja

W XXI wieku reaktywowano Kryzys, a było to następstwem wydawnictw zawierających covery ich utworów wykonane przez Polskie kapele alternatywne tj. Dolina Lalek – Tribute To Kryzys Vol.1 (2003) i Dolina Lalek – Tribute To Kryzys Vol. 2 (2006) [źródło]. Zwieńczeniem działalności kapeli był album fonograficzny Kryzys Komunizmu. W międzyczasie były również próby reaktywowania Brygady Kryzys. Pojedyncze występy, w tym świetny koncert na Malcie 2005 czy wizyta w Londynie w 2004 [źródło]. Z okazji 30-lecia tzw. Czarnej płyty, co miało miejsce w 2012 roku, muzyków tej legendarnej formacji zaproszono do studia Programu Trzeciego. Zarejestrowano wówczas materiał, który trafił na album Brygada Kryzys – XXX Live. Ta płyta  koncertowy trafił na półki sklepowe w czerwcu 2013 roku [źródło]. 

Inne projekty oraz kariera solowa

R. Brylewski nagrał z zespołem 52UM 3 krążki fonograficzne tj. debiutancki 52UM (2008) oraz następujące po nim Superego (2010) oraz Introversja (2013) [źródło]. W międzyczasie kariera solowa co zaowocowało dwoma albumami Warsaw Beat (1998) [źródło] i Warsaw Beat 11/12 2004 (2004) [źródło]. Udzielał się m.in. w zespole Świat Czarownic, z którym nagrano płytę Świat Czarownic i Robert Brylewski (2002) [źródło].

Podsumowując karierę muzyczną R. Brylewskiego – przez dekadę swojej działalności na scenie osiągnął w branży muzyki alternatywnej więcej, niż nie jeden jej przedstawiciel w ciągu całej swojej kariery. Jak wykazano, jego działalność nie skupiała się wyłącznie na działalności scenicznej, ale również jako propagatora rodzimej muzyki niezależnej. Z perspektywy czasu, to Izrael oraz Armia były, a ten drugi nadal jest, formacjami, które z powodzeniem tworzą/tworzyły najdłuższą ilość czasu na tle projektów współtworzonych przez omawianą legendę. Patrząc na całokształt twórczości R. Brylewskiego, można zdecydowanie mówić o człowieku orkiestrze z eklektycznym gustem, skorego do śmiałych eksperymentów muzycznych, czy zdeterminowanego popularyzatora rodzimej muzyki niezależnej. Mimo swych wielu zasług dla polskiej muzyki alternatywnej, masy projektów muzycznych, które współtworzył i na które miał w mniejszym lub większym stopniu wpływ, do końca swych dni pozostał muzykiem nie w pełni docenionym przez rodzimą estradę. Parę lat przed tragiczną śmiercią, pisał, że zawód muzyka niezależnego nie należy do wdzięcznych zarobkowo i wręcz przestrzegał przed wyborem takiej drogi. O inspiracjach zespołem Kryzys wspomina współcześnie wiele kapel, które swoje prapoczątki wiążą właśnie z podziemiem muzycznym m. in. Kazik z Kultu, Muniek Staszczyk z T. Love czy Grabaż z Pidżama Porno.

4AD

Krótka historia niezależnej firmy fonograficznej 4AD

Posted by admin in Niezależne wytwórnie fonograficzne, PRL'owskie podziemie muzyczne, 0 comments
Sto twarzy Roberta Brylewskiego cz. 2

Sto twarzy Roberta Brylewskiego cz. 2

Brygada Kryzys

W drugiej połowie 1981 roku omawiana legenda wraz z Tomkiem Lipińskim, liderem Tiltu, założyli Brygadę Kryzys. Dwie ikony ówczesnej sceny niezależnej, inicjatorzy muzyki punk-rock w Polsce stworzyli kapelę, którą z jednej strony można zaliczyć do wspomnianego nurtu, a jednocześnie ostateczne brzmienie urozmaicono elementami reggae, które dodatkowo naszpikowano pogłosami, które do dziś frapują. Muzycy formacji określali swój styl jako punkedelic, a przykładem psychodelicznego punk – rocka jest singiel Centrala, wydany w 1982 roku. Tego samego roku opublikowano nakładem rodzimej firmy fonograficznej debiutancki album studyjny Brygady Kryzys. Płyta powstawała w wyjątkowych okolicznościach, bowiem w okresie stanu wojennego, co też miało wpływ na ostateczne brzmienie debiutu fonograficznego kapeli. Jak wspominali muzycy, do eksperymentu brzmieniowego zostali ośmieleni przez realizatorów dźwięku. Skłonili oni stołeczny sekstet, aby brzmienie płyty stanowiło odzwierciedlenie stanu ducha w jakim wówczas znajdowali się artyści. Ostateczny produkt zatytułowano Brygada Kryzysczasem zwany Czarną Brygadą i uznawany jest za pierwszy oficjalny polski krążek kapeli niezależnej. Ze szczątkowych informacji wynika, że część nakładu została zniszczona przez SB, która nie aprobowała wulgarnych i niejednoznacznych tekstów – manifestów zawartych na płycie – godzących w system. Muzyka zespołu spotkała się ze znacznym entuzjazmem w niszowych środowiskach, a członkowie tej warszawskiej legendy zachęceni pozytywnym odbiorem debiutu. Byli oni gotowi kontynuować karierę zespołu, jednak niesprzyjające okoliczności uniemożliwiły im dalszą działalność sceniczną. R. Brylewski wspominał w filmie „Exodus” sytuację, gdy nie mogli zagrać koncertu, ponieważ SB zaplombowało ich sprzęt. Dopiero dekadę później wydany został drugi album Brygady zatytułowany Cosmopolis. Na kolejnej płycie zamieszczono m. in.  kompozycje powstałe jeszcze w czasie PRL-u, które były zatrzymane przez cenzurę oraz parę nowych.

Izrael

Wracając do lat 80., niedługo po rozwiązaniu Brygady Kryzys R. Brylewski założył kapelę Izrael. Jest to zwrot w karierze tego elastycznego pod względem gatunków muzyka, bowiem w trzecim z kolei zespole, który współtworzył artysta, grano muzykę z nurtu reggae. Warszawska kapela Izrael była prekursorską formacją tego nurtu w Polsce. Co prawda, brzmienia reggae wplatano już w punkowym Kryzysie, czy Brygadzie Kryzys, jednak dopiero Izrael był od początku do końca kapelą reggae. Analogicznie do punk rocka – doskonale wpisywał się w szarą rzeczywistość PRL’u, a przedstawiciele tego nurtu kontestowali system, jednak nie robiono tego tak dosadnie. W roku 1983 formacja zarejestrowała w Studio Wawrzyszew materiał na pierwszy krążek formacji. Debiutancką płytę zatytułowano Biada, biada, biada i ukazała się na półkach sklepowych dwa lata później. Do roku 1997 ta warszawska grupa nagrała jeszcze 5 albumów studyjnych tj. Nabij Faje (1985), Duchowa Rewolucja I (1987), Duchowa Rewolucja 2 (1991), 1991 (1991) i opublikowany tuż po rozwiązaniu zespołu w 1995 roku – album In Dub (1997). Kapelę reaktywowano w 2005 roku i do 2017 nagrano jeszcze 3 krążki Dża Ludzie (2008) oraz Izrael Meets Mad Proffesor & Joe Ariva (2010) oraz Izrael Gra Kulturę (2017). W 2018 roku rozwiązano zespół.

Armia

W międzyczasie, R. Brylewski założył wraz z Tomaszem Budzyńskim, znanym z pierwszego składu Siekiery, w post-punkową Armię. Ta powstała w 1984 roku kapela była jednym z bardziej oryginalnych zespołów na ówczesnej scenie niezależnej. W brzmieniu wykorzystywano np. elementy muzyki etnicznej. R. Brylewski tłumaczył w filmie „Exodus”, że mieli w grupie taką niepisaną zasadę – zero solówek, maksymalna ilość energii. Twórcy Armii od początków funkcjonowania kapeli dbali, aby utrzymać punk-rockową estetykę w swej muzyce. Wydany w 1988 roku debiutancki album Armia został przyjęty przez społeczeństwo oraz dziennikarzy muzycznych z aplauzem, jednak to dopiero zarejestrowana i opublikowana w 1991 roku Legenda – efekt współpracy duetu R. Brylewskiego i T. Budzyńskiego, zapisała się w kanonie rodzimej muzyki off-owej. Oprócz powyżej wspomnianych płyt omawiana postać nagrała z zespołem jeszcze 2 albumy z tego koncertowy Exodus (1992), płyte studyjna Czas i Byt (1993) oraz gościnnie na albumie Freak (2009).

Max i Kelner

W latach 90. wspomniany artysta współtworzył projekty muzyczne, o których należy wspomnieć, choćby z racji na ich nowatorstwo, czy śmiałe eksperymenty muzyczne. Tuż po nagraniu legendarnej drugiej płyty Armii R. Brylewski nagrał kilka utworów muzyki elektronicznej. Paweł Kelner Rozwadowski, jeden z prekursorów punka, założyciel kapeli Deuter, współtwórca debiutu Izraela, dograł do nich teksty i wkrótce postanowiono zarejestrować materiał na debiut studyjny. Duet nazwano Max i Kelner, a na ich jedynym krążku Tehno Terror – produkcji nagranej raczej dla żartu, niż na poważnie – zamieszczono kompozycje, w których Kelner „rapuje”, znajduje się znaczna ilość utworów, które zaliczyć można do elektroniki i są też elementy rocka alternatywnego. Debiut fonograficzny kapeli z 1992 roku zatytułowany Tehno Terror zawiera materiał nie przemyślany w pełni, toporny z infantylnymi tekstami, jednak ostatecznie znalazł wielu zwolenników. R. Brylewski w filmie „Exodus” twierdzi, że materiał na płycie jest dosyć przypadkowy. Złośliwi twierdzą, że zespół był protoplastą disco polo. 

Posted by admin in Niezależne wytwórnie fonograficzne, PRL'owskie podziemie muzyczne, 0 comments
Sto twarzy Roberta Brylewskiego cz. 1

Sto twarzy Roberta Brylewskiego cz. 1

Zamiast wstępu

Długo zastanawiałem się, jak zatytułować swój debiutancki artykuł na blogu. Zamierzeniem było, aby z jednej strony ująć większość kluczowych projektów muzycznych, w które angażowała się niniejsza ikona rodzimej sceny niezależnej i wykazać eklektyczny gust muzyka. Z drugiej, uzupełnić wszelkie niedomówienia i udowodnić, że oprócz działalności estradowej muzyk, był także popularyzatorem Polskich nisz muzycznych, czy mentorem wielu rodzimych kapel. Część czytelników moich wypocin może twierdzić, że tytuł nawiązuje do popularnej produkcji, która nie zebrała przychylnych recenzji, a tekst jest nacechowany pejoratywnie. Nic bardziej mylnego – nie zastosowałem takiego tytułu naumyślnie, a raczej z pełną świadomością, bowiem chciałem w pełni naszkicować różnorodność gatunkową projektów muzycznych, których imał się ten człowieka orkiestra, zmarły trzy lata temu.

Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że niezaznajomiony z PRL-owską twórczością niezależną czytelnik może być zniesmaczony jakością produkcji funkcjonujących poza głównym obiegiem. Przykładem niech będzie punk-rock – wspominam o tym gatunku, gdyż kariera muzyczna R. Brylewskiego zaczęła się właśnie od postawy kontestatora punkowego. Warto dodać, że inicjatorzy tego nurtu w Polsce wywodzili się głównie ze środowisk studenckich, a znaczna większość nie posiadała elementarnego przeszkolenia muzycznego. Nurt ten nie był muzyką wysublimowaną i wykwintną, a charakteryzującą się nieoszlifowanym brzmieniem, dosadnymi tekstami utworów, czy znacznym infantylizmem muzyków formacji. Punk

Aby w pełni zrozumieć fenomen polskiej alternatywy szczególnie lat 80. i początku 90. należy dodatkowo brać pod uwagę tło historyczne. Jeśli na Zachodzie kontestowano kapitalizm, to u nas upośledzony system, którym był socjalizm realny. PRL-owski muzyk offowy nie mógł bowiem liczyć na znaczne profity finansowe, czy dobrej klasy sprzęt estradowy, jak jego odpowiednik np. w Wielkiej Brytanii. Rebeliancki charakter muzyki punk-rockowej doskonale wpisywały się w ponurą rzeczywistość minionego reżimu politycznego. Omawiana poniżej postać stanowi egzemplifikację takiego muzyka – autentycznego, niezależnego, tworzącego w znacznej ilości przypadków z dala od liczących się estrad podporządkowanych mainstreamowi, czy w latach 80. – ideologii narzuconej przez system.

Zainteresowanych pełną biografią urodzonego w 1961 roku muzyka odsyłam do wywiadu rzeki z artystą pt. „Kryzys w Babilonie”, natomiast zainteresowanych muzyką alternatywną w PRL’u do pracy autorstwa Anny Idzikowskiej Czubaj „Rock w PRL-u. O paradoksach współistnienia.” Tekst chciałem rozpocząć w momencie, którym R. Brylewski zdecydował się na „karierę” punkrockowca.

The Boors/Kryzys

The Boors było pierwszą kapelą muzyczną, skład której współtworzył R. Brylewski. Nazwą pod którą co najmniej raz występował ten zespół, to Kryzys Romansu. Efemeryczną formację założono w Warszawie, a swoje brzmienie inspirowała na modnym wówczas punk – rocku, jednak jak wspominał wokalista grupy – W Kryzysie słuchałem ska, brytyjskich zespołów […] The Specials, The Beats, Selectors, Madness. Jeśli chodzi o moment, w którym dotychczasową nazwę kapeli przemianowano na Kryzys, to trafiłem na trzy odrębne teorie. Zgodnie z notką znalezioną w internetach – The Boors przemianowano na Kryzys tuż po koncercie w MDK w Aninie z 1979; Maciej Góralski, perkusista grupy, wspominał na łamach Non Stopu z 1988, że od 1978 występowali pod nazwą Kryzys; a z jeszcze innego źródła wynika, że dopiero od 1980 funkcjonowali pod nowym szyldem. W każdym razie, wraz ze zmianą szyldu nie doszło do znacznych modernizacji w brzmieniu, bowiem nadal rżnięto punka, który urozmaicono dodając elementy gatunków t. j. ska  czy reggae, a w poniższym utworze kapela brzmi jak kapela post-punkowa typu Pere Ubu lub Public Image Ltd. 

Formacja była obok gdańskiego Deadlocka i warszawskiego Tiltu prekursorem gatunku, a wiele kapel ówczesnej sceny niezależnej w Polsce wzorowało się na niej. W 1980 roku grupa wystąpiła na I Ogólnopolskim Przeglądzie Nowej Fali w Kołobrzegu – w przeglądzie tym wzięły udział czołowe kapele alternatywne m. in. ustrzyckie KSU, które zebrało pozytywne recenzje w jednym z anglojęzycznych pism muzycznych. Jak wynika z notki o Kryzysie zamieszczonej w „Magazynie Muzycznym” z 1986 roku – w 1980 muzycy kapeli Kryzys wystąpili na Pop Session w Sopocie, na którym przedstawili zebranemu audytorium mieszankę prostego rocka z elementami ska. W międzyczasie zespół wystąpił w telewizji i wyemitowanym został w 1981 roku w programie Camerata. Sama grupa został przedstawiona w następujący sposób: Kryzys, to nazwa zespołu muzycznego, który od dwóch lat występuje na bardziej licznych estradach naszego kraju. Słuchając ich produkcji i patrząc z jakim powodzeniem cieszy się zespół nastolatków, z całą powagą uświadamiamy sobie jak wiele szkody uczynił lekceważący stosunek władz oświatowych do spraw wychowania muzycznego i estetycznego w polskim szkolnictwie. Te nieprzychylne zespołowi słowa dodały mu jednak splendoru, bo zespół nie poprzestał występować-jak twierdzono w MM z 1986-[krytyka] wywołała odwrotny skutek, dodając grupie splendoru wśród fanów. W międzyczasie zarejestrowano w toruńskim studiu studenckim kilka utworów, które w latach 90. XX wieku trafiły na płytę 78-81. Z tamtej sesji pochodzi też poniższy utwór.

Wiosną 81. ukazał się we Francji debiutancki album grupy i według znacznej ilości informacji – bez zgody członków kapeli. Zgodnie z wypowiedziami muzyków zamieszczonych w reportażu zarejestrowanego w 1980 na potrzeby ówczesnej stacji telewizyjnej R. Brylewski twierdzi, że mieli oni ambiwalentny stosunek do rejestracji debiutu – podczas wstępnych rozmów z francuską niezależną firmą fonograficzną Blitzkrieg Records (Berkley). Na eponimicznym debiucie tej warszawskiej legendy offu muzycznego zamieszczono nagrania dokonane podczas minionych koncertów formacji. Mimo kontrowersji narosłych wokół produkcji, należy wspomnieć, że jest to kamień milowy w historii polskiego punka, a na podstawie materiałów trudno stwierdzić, w jakim stopniu jej publikacja była przejawem życzliwości ludzkiej, a w jakim próbą robienia interesu na czyichś plecach. Maciej Góralski twierdzi, że tuż po wydaniu płyty przez nie do końca uczciwego dziennikarza, muzycy byli bardzo zadowoleni z ostatecznego produktu, a powodem do dumy, jak sam wówczas twierdził był fakt, że zagraniczna firma fonograficzna wydała album niszowej polskiej kapeli – zjawisko, które rzadko przytrafiało się gigantom ówczesnej rodzimej sceny. Muzycy za zarejestrowany materiał zostali nagrodzeni wyłącznie symbolicznie. Niedługo po wydaniu płyty kapela się rozpadła, a doświadczenia nabyte w Kryzysie R. Brylewski wniósł do kolejnego projektu muzycznego, którego był współzałożycielem.

Jeśli spodobał Ci się powyższy tekst to zapraszam na mojego Facebook'a klikając w jeden z poniższych przycisków. Możesz również przeczytać drugą część tego trzyczęściowego tekstu:

Druga część tekstu

Sto twarzy Roberta Brylewskiego cz. 2

Posted by admin in Niezależne wytwórnie fonograficzne, PRL'owskie podziemie muzyczne, 0 comments

Zestawienie wybranych albumów „drugiej fali post punka”

Trend we współczesnej muzyce, który obserwuje od dłuższego czasu z dużym entuzjazmem to formowanie kapel, które w swoim brzmieniu nawiązują do post – punkowych zespołów lat 70. i 80. Tendencja ta nie stanowi współcześnie nowum, bowiem od latach 90-tych XX wieku, a szczególnie pierwszej dekady XXI stulecia, zakładane są grupy inspirujące się brzmieniem formacji takich jak Bauhaus, Joy Division, Television, Public Image Ltd., Ramones, czy Sex Pistols. Dziennikarze nazwali ten „post punk revival” czy „druga fala post punka”. 

Mimo, że kapele tego nurtu okres prosperity mają już za sobą i mogłoby się wydawać, że okres czerpania wzorców z minionych generacji muzyków przeminął, że teraz gra się inaczej, a takie brzmienia zaczynają trącić myszką, to w ostatniej dekadzie powstało mnóstwo formacji, które nadal kontynuują ten trend w brzmieniu. Współcześnie można mówić o lawinowym ich powstawaniu. Przedstawiciele tego powstają, jak grzyby na deszczu, a popyt na archaiczne brzmienia wzrasta – wspomnianymi kapelami zachwycają się na całym świecie dziennikarze muzyczni. Wynika z tego, iż bez przesady można mówić o kontynuacji tzw. „drugiej fali post punka”. Wybrałem kilkanaście godnych, moim zdaniem, uwagi płyt fonograficznych z 2 dekady XXI stulecia i stworzyłem pewnego rodzaju zestawienie. O kapelach wspomnianych poniżej często mówi się jako epigonach ślepo kopiujących archaiczne brzmienia nie wprowadzając do muzyki nic nowego, a tylko wyświechtane schematy. 

W poniższym wyliczeniu zamieściłem kapele, które pod względem brzmienia stanowią bardziej i mniej udane imitacje zamierzchłych nurtów. Mimo ewidentnych inspiracji, wprowadzają one do brzmienia wiele ciekawych smaczków. Z uwagi na popularność grup spod znaku „post punk revival”, i jak mi się wydaję, stagnacji w muzyce alternatywnej, co objawia się deficytem pomysłów – szczególnie w drugiej dekadzie XXI stulecia – remedium stanowią formacje mieszające w swoich brzmieniach minione wpływy ze współczesnym brzmieniem. 

Zamieściłem tu również jako pewnego rodzaju bonus – tegoroczny albumy, który wpisuje się w grono omawianych kapel. O ile w niniejszym zestawieniu zamieściłem głównie kapele nurtu post punk, to urozmaiciłem brzmieniami nurtu post-hardcore. Nie zawarłem rodzimych kapel post punk i innych eksperymentów, a mamy silną reprezentację m. in. Kurws, Ukryte Zalety Systemu czy Blokowisko – zrobię to może innym razem, zestawienie jest i tak przydługie.

[2012] - Holograms - "Holograms"

W 2012 roku do sklepów trafił eponimiczny debiut studyjny szwedzkiej formacji post punkowej Holograms. Brzmienie kwartetu na pierwszej płycie jest inspirowane wczesnym brytyjskim punkiem oraz mrocznym brzmieniem typu Joy Division, a dodatkowo urozmaicone synth-punkiem, a'la Units czy Suicide. W rezultacie otrzymujemy materiał z chwytliwymi, popowymi utworami, a z drugiej surowy post punkowy jazgot z wokalem przypominającym Roberta Smitha z The Cure. 

Informacje o niniejszej płycie:

Wspomniany album na platformie streamingowej:

[2013] - Savages - "Silence Yourself"

Jest to jedna z niewielu kapel post-punkowych, której skład personalny tworzą wyłącznie kobiety. W brzmieniu formacji, znajdzie się coś z Siouxsie and the Banshees, trochę Public Image Ltd. oraz Joy Division. Ich debiutancki album "Silence Yourself" wydano w maju 2013 roku przez Matador Records, znane choćby ze współpracy z Interpol, czy Queens of the Stone Age. Album zajął 19 pozycję na liście najlepszych płyt w Wielkiej Brytanii w 2013 i 5 pozycję na irlandzkiej oraz angielskiej liście niezależnych wydawnictw. Dodatkowo plasował się na 13 miejscu listy Billboardu w kategorii niezależnych produkcji. 

[2014] - Eagulls - "Eagulls"

W marcu 2014 roku wydano ich eponimiczny krążek długogrający. Kolejny post punkowy jazgot z brudnymi gitarami, monumentalnymi ścianami dźwięków, agresywną perkusją i narkotyczno-hipnotycznym, jak u trochę starszych anglików z The Horrors, wokalem. Tuż po jego opublikowaniu, Eagulls otrzymali pozytywne recenzje od NME, The Guardian, Loud and Quiet, Vice, Stereogum, Yorkshire Evening Post oraz internacjonalny rozgłos, bowiem pisano o nich w The Fader i Pitchfork Media. Zostali nawet ulubioną kapelą 2013 roku redaktora BBC Radio 6. 

[2015] - Viet Cong - "Viet Cong"

W 2015 ukazała się debiutancka płyta studyjna tej kanadyjskiej formacji, zatytułowana Viet Cong. Jest to pierwsza w moim zestawieniu kapela o niezwykle mrocznym i eksperymentalnym brzmieniu. W telegraficznym skrócie - powtarzane jak mantra słowa tekstów, nerwowe gitary, pulsująca perkusja w rytmie zimno falowych rytmów sprawiają, że słuchając ich pierwotnie czułem się, jak podczas rytuału muzycznego Michaela Giry. Ponad rok później wokalista Matt Flegel ogłosił na łamach Pitchfork, że w związku z zaistniałymi zawirowaniami wokół ich pierwotnej nazwy - Viet Cong przemianowali na Preoccupation

[2017] - Idles - "Brutalism"

 W 2017 roku, czyli dopiero osiem lat po założeniu kapeli, Anglicy z Idles wydali swój debiutancki krążek. Materiał zarejestrowany na pierwszej płycie długogrającej zespołu uzyskał pozytywne recenzje wśród krytyków, a średnia ocena to 85% - zespół chwalono przede wszystkim za oryginalne, surowe brzmienie, punkową energię oraz
ironiczne teksty. Bend określono wówczas jako jedną z ciekawszych brytyjskich grup muzycznych. 

[2017] - The Psychotic Monks - "Silence Slowly And Madly Shines"

Materiał zawarty na pierwszej płycie grupy zawiera zarówno utwory dynamiczne, gdzie znajdziemy noise a'la Swans czy Buthole Surfers, a nawet współczesne Daughters, urozmaicone punk-rockową surową energią, jak u punków z 77., a większość numerów otacza mroczna aura. Materiał urozmaicono balladami rockowymi i numerami instrumentalnymi. Członkowie grupy wspominają na swoim profilu facebukowym, że muzyka, którą tworzą można nazwać post-orwelowską – jeśli brać pod uwagę dystopijną atmosferę, którą autor wykreował w książce 1984, to z pewnością znaleźć ją można również w twórczości Francuzów.

[2018] - Shame - "Songs of Praise"

Songs of Praise to debiutancka płyta długogrająca angielskiego zespołu Shame. Recenzje debiutanckiej płyty tuż po jej wydaniu były zachwycająco dobre, bowiem na podstawie 16 recenzji album zebrał aż 85 punktów na 100 możliwych. Na krążku zamieszczono surowy i agresywny post punk/post hardcore, a dodatkowo znalazły się tam chwytliwe melodie oraz utwory przeczące punkowej bezkompromisowości.

[2018] - Viagra Boys - "Street Worms"

Viagra Boys to szwedzki kwartet post punkowy, którzy na swoim debiucie między brudne i surowe post punkowe granie wplatają subtelną elektronikę, rockową balladę, zdehumanizowaną melorecytację a'la Mark E. Smith i ostatecznie otrzymujemy materiał, w którym muzycy nawiązują do punkowego/post punkowego etosu, stosują zaangażowane teksty, w tym przypadku raczej społecznie, a jednocześnie tworzą zupełnie nową jakość, nie powielając bezrefleksyjnie wypracowanych uprzednio schematów.

[2019] - Fontaines D.C. - "Dogrel"

Pierwsze moje skojarzenie-Television i nihilistyczno-prowokatorska maniera wokalisty Richarda Hella z początków punkowej rebelii lat 70-tych w Stanach Zjednoczonych. Ostatecznie, teksty utworów kapeli inspirowane są irlandzką poezją. Na początku 2018 brzmienie grupy określono jako syntezę post-punka i rocka garażowego i taki jest debiutancki "Dogrell". Redaktor magazynu NME wypowiadał się o pierwszym krążku w samych superlatywach twierdząc, że Fontaines D.C. stanowi przykład grupy, która inspiruje się brzmieniem wczesnej ery punka, ale jednocześnie wprowadza do surowego punkowego brzmienia znacznie więcej niż, momentami, infantylny bunt nastolatków. W The Guardian nagrodzono debiut fonograficzny pięcioma gwiazdkami na pięć możliwych, a zespół został nominowany do prestiżowej Mercury Prize.

[2019] - Black Midi ‎– "Schlagenheim"

Black Midi nagrała w 2019 roku płytę stanowiącą śmiały eksperyment brzmieniowy - fuzję post punka, krautrocka i brudnych i połamanych rytmów a'la nowojorski no wave i zaryzykuje, ale jest tam znaczna ilość szaleństwa z Primusa. Wokalista momentami brzmi jak Mark E. Smith z The Fall - melorecytuje on tekst, a momentami brzmi jakby opowiadał opowieść w akompaniamencie psychodelicznych i "chorych" rytmów. Warto nadmienić, że jest to kolejna kapela obok Fontaines D.C, która otrzymała prestiżową Mercury Prize.

[2019] - The Murder Capital - "When I Have Fears"

W 2019 roku ta irlandzka formacja opublikowała swój debiutancki album, zatytułowany "When I Have Fears". Damien Moritz z The Guardian, scharakteryzował grupę jako nawiązującą do brzmienia Joy Division – pulsująca perkusja i bas nadający depresyjnego klimatu kompozycjom z pierwszego krążka. Dziennikarz stwierdził, że utwór Green and Blue - zawarty na płycie - ma w sobie coś z mrocznej aury Nicka Cave’a and the Bad Seeds i melodyjności PJ Harvey.

[2021] - Dry Cleaning - "New Long Leg"

Miło jest mi poinformować, że w tym programowo ponurym męskim gronie w końcu pojawił się zespół, w którym na pierwszej linii stoi kobieta. - takimi słowami rozpoczął recenzję kapitalnego debiutu Marcin Gręda z portalu Musicnow. Ostatnim, ale najnowszym w niniejszym zestawieniu jest angielski kwartet Dry Cleaning, a raczej ich debiut studyjny "New Long Leg". Jak już na formację post punkową przystało - wokalistka raczy nas nihilistyczną, raczej obojętną, apatyczną manierą śpie... właśnie, raczej melodeklamacją niż popisami wokalnymi. Instrumentaliści również są w tym zespole, i grają fajnego gitarowego post punka, jednak to wokalistka skradła show.

Posted by admin in Niezależne wytwórnie fonograficzne, Nowości i względne nowości, Współczesna scena muzyczna, 0 comments
Zestawienie składanek rodzimego podziemia

Zestawienie składanek rodzimego podziemia

Poniżej zamieściłem zestawienie, w którym znalazły się składanki z utworami rodzimych grup tzw. podziemia muzycznego. Poniższy tekst już kiedyś publikowałem, ale w wyniku zmiany adresu wrzucam go ponownie, bo uważam, że należy im się trochę uwagi. Starałem się ograniczyć tylko do albumów kompilacyjnych z lat 80-tych, ale z racji, że ówczesna fonografia w Polsce kulała, jeśli oczywiście chodzi o rodzimy underground, a wiele formacji powstałych w latach 80-tych, uwieczniła swój materiał dopiero w latach 90-tych, to znajdą się w niniejszym zestawieniu formacje wykraczające poza planowany przedział czasowy. Oto moja dziesiątka:    

"Jeszcze młodsza generacja" (1985)

Na krążku wydanym w 1985 roku zawarto pierwsze profesjonalnie zarejestrowane utwory kapel tj. Kult, T.Love Alternative, Made In Poland, zespołów Madame, Fort B.S., Nowo Mowa, Aya RL, Redez Vous i Sstil. Nagrania zrealizowano w okresie listopad 1984 – maj 1985 w studio Tonpress. Utwory zawarte na kompilacji gatunkowo oscylują między punk rockiem, nową falą oraz zimną falą. Na oryginale z 1985 roku znajdują się:

  1. Kult – „Piosenka młodych wioślarzy”
  2. Dom Mody – „Szyfry”
  3. Madame – „Głupi numer”
  4. Fort BS – „Rozhulantyna”
  5. Nowo Mowa – „Dekoder”
  6. T.Love Alternative – „Zabijanka”
  7. Made in Poland – „Ja myślę”
  8. Aya RL – „Nasza ściana”
  9. Rendez-Vous – „Na skrzyżowaniu ulic”
  10. Sstill – „Efekt”

 Na reedycji z 2009 oprócz wspomnianych znalazły się:

 

  1. TZN Xenna – „Co za świat”
  2. Siekiera – „Misiowie puszyści”
  3. Bóm Wakacje w Rzymie – „Pierwszy (Rebeka)”
  4. Instytucja – „Twoja Ofensywa”
  5. Voo Voo – „Faza III”
  6. Śmierć Kliniczna – „Psychopata”
  7. Variété – „Te dni (Krzyż)”
  8. Gedeon Jerubbaal – „Cichy brzeg”
  9. Armia – „Jeżeli..”
  10. Azyl P. – „Nic więcej mi nie trzeba”

"Fala" (1985)

Pierwotnie składankę tą wydano w 1985 i zamieszczono na niej utwory nowofalowe, punk-rockowe, czy reggae oraz dub. Producentem pierwszego wydania płyty był nieżyjący już Dr Avane (Sławomir Gołaszewski). Montaż nagrań – Włodzimierz Kowalczyk i Tadeusz Czehak, wydane nakładem rodzimego Poltonu. W 1991 roku opublikowano w nieoficjalnym obiegu zremasterowaną wersję krążka, a odpowiedzialna za takie wydawnictwo jest firma fonograficzna Jacka Kwaśniewskiego z siedzibą w Stroniu Śląskim.

Strona 1

  1. 12 RA 3L – „Intro”
  2. Bakshish – „Czarna droga” 
  3. Prowokacja – „Prawo do życia, czyli kochanej mamusi” (Prowokacja, Prowokacja) 
  4. Siekiera – „Fala”
  5. Siekiera – „Idzie wojna” 
  6. Abaddon – „Kto” 
  7. Tilt – „Za zamkniętymi drzwiami (Widziałem cię)” 

Strona 2

 

  1. Dezerter – „Nie ma zagrożenia” 
  2. Kryzys – „Mam dość” 
  3. Kultura – „Lew Ja i Ja Dub”
  4. Rio Ras – „City Huk” 
  5. Dezerter – „Plakat”
  6. Izrael – „Wolność” 
  7. Józef Broda – „Swoboda” 

"Jak punk to punk" (1986)

Składanka na jutubie:

Krążek wydano w 1986 roku nakładem wydawnictwa Tonpress.

 

  1. Armia – „Na Ulice”
  2. Armia – „Jestem Drzewo Jestem Ptak”
  3. Armia – „Jeżeli”
  4. Dezerter – „Nie Ma Nas”
  5. Dezerter – „Uległość”
  6. Rejestracja – „Numer 1125”
  7. Rejestracja – „Wszystko Można Otoczyć Mgłą”
  8. TZN Xenna – „Gazety Mówią”
  9. TZN Xenna – „Co Za Świat”
  10. Siekiera – „Ja Stoję, Ja Tańczę, Ja Walczę”
  11. Siekiera – „Ludzie Wschodu”
  12. Abaddon – „Wet Za Wet”
  13. Abaddon – „Kto?”
  14. Processs – „Stroszek”

Źródła informacji:

"Gdynia" (1988)

Płyta kompilacyjna wydana w 1988 roku przez Tonpress, na której zawarto numery formacji z Trójmiasta. Materiał nagrano i zmiksowano w studiu Rozgłośni Polskiego Radia w Gdańsku w okresie 1 marca–30 sierpnia 1987 roku. Gatunki występujące na kompilacji, to nowa-fala, punk-rock/post-punk, reggae, czy rock psychodeliczny

 

  1. Call System – „Szampan”
  2. Apteka – „Synteza” 
  3. Pancerne Rowery – „Nikt nam nie weźmie młodości” 
  4. Unrra – „Złap wiatr” 
  5. Bielizna – „Miłość w Jugosławii” 
  6. Sake – „Lubię to” 
  7. Po prostu – „Ład, ład bum cyk zet” 
  8. Po prostu – „Buty”
  9. Rocka’s Delight – „Frontline” 
  10. Apteka – „AAA…”

Źródła informacji:

Składanka na jutubie:

"Fala II" (1988)

Składanka na jutubie:

Na składance wydanej w 1988 roku przez polską firmę Polton, zamieszczono wyłącznie numery zespołów z Trójmiasta. Pierwotnie zamysłem było wydanie jej na płycie winylowej zatytułowanej Gdynia II – kontynuacja albumu kompilacyjnego Gdynia, jednak ostatecznie ukazała się na kasecie magnetofonowej jako Fala II. Materiał nagrano i zmiksowano w studiu Rozgłośni Polskiego Radia w Gdańsku w 1986 i 1987 roku, a gatunki występując na kompilacji to nowa-fala, punk-rock/post-punk, reggae, czy rock psychodeliczny.

 

  1. Bielizna – „R.P.A.”
  2. Bóm wakacje w Rzymie – „Gorące lato”
  3. Rocka’s Delight – „Freedom”
  4. Unrra – „Istnieć w ogóle”
  5. Pancerne rowery – „20 57 77”
  6. Apteka – „Lucky Sniff”
  7. Konwent A – „Kim jest?”
  8. Po prostu – „Ta pani z sokiem”
  9. Smorra – „Kochaj mnie za nic”
  10. Bóm wakacje w Rzymie – „Dziennik z Boliwii”
  11. Pancerne rowery – „Piosenka deszczowa”

Źródła informacji:

"Radio Nieprzemakalnych" (1988)

Powyższy album z kompozycjami różnych wykonawców wydano w 1988 roku, nakładem rodzimego Wifonu. Na krążku zamieszczono kompozycje gatunkowo zaliczane do punk-rocka, nowej-fali, zimnej fali oraz reggae.

  1. Fotoness – „Foto”
  2. R.A.P. – „Protection Reggae Rockers”
  3. One Million Bulgarians – „Czerwone krzaki”
  4. Kosmetyki Mrs. Pinki – „Ciągle w ruchu”
  5. 1984 – „Sztuczne oddychanie”
  6. Opera – „Wracam”
  7. Process – „Kolejny krok cywilizacji”
  8. Róże Europy – „Handlarze”
  9. Sztywny Pal Azji – „Piosenka dla…”
  10. Voo Voo – „Stanie się tak, jak gdyby nigdy nic”

Źródła informacji:

Składanka na jutubie:

"Letnia zadyma w środku zimy" (1989)

Letnia zadyma w środku zimy, to jednocześnie nazwa jednodniowego festiwalu rockowego zorganizowanego w Warszawie 27 stycznia 1989 oraz tytuł dwupłytowego albumu zawierającego zapis wspomnianego festiwalu. Nie wiem, czy poniższa składanka będąca tribute albumem, jednak proszę potraktować go jako ciekawostkę. Niniejszy festiwal był debiutem organizatorskim Jerzego Owsiaka. Zachęcony popularnością swoich ówczesnych audycji w Rozgłośni Harcerskiej zdecydował zorganizować wielogodzinny koncert rockowy, podczas, którego występujący wykonywaliby covery angielskich i polskich formacji. Niestety, jest to jedyny album na tej liście, który nie zachował się w całości.

  1. Vavel Underground-„Żegnamy Was-Prawdziwy Blues Z Nowej Huty”
  2. Transsyberia, Dariusz Malejonek-„Children Of The Revolution „
  3. De Mono-„Psychokiller”
  4. Obywatel G.G., Paweł Jordan-„Rock’N’Roll”
  5. Obywatel G.G., Paweł Jordan-„I’m The Leader Of The Gang „
  6. Obywatel G.G., Paweł Jordan-„I Love You, You Love Me „
  7. Recydywa Blues Band-„Good Golly Miss Molly”
  8. Recydywa Blues Band-„Hippy Hippy Shake”
  9. Recydywa Blues Band – „Boogie-Woogie”
  10. Jurek Owsiak-„Rap Towarzystwa Przyjaciół Chińskich Ręczników”
  11. Pobieda-„Lucilla „
  12. Kolaboranci-„Czekoladowy Krem”
  13. Kolaboranci-„Dżinsy”
  14. Vavel Underground-„Przygoda Bez Miłości”
  15. Voo Voo-„You Really Got Me”
  16. Voo Voo-„National Health „
  17. Voo Voo-„Love Is All Around”
  18. Voo Voo-„A Little Bit Me, A Little Bit You”
  19. Voo Voo-„Wild Thing”
  20. Voo Voo-„Riders Of The Storm”
  21. Mauro-„Nowhere Man”
  22. Mauro-„Get Back”
  23. T.Love-„Jumpin’ Jack Flash „
  24. Mauro-„Keep On Running”
  25. Mauro-„Black Magic Woman „
  26. Mauro-„Johny B. Goode”

Tomek Lipiński-„It Ain’t Me Babe „

"Fala 3" (1990)

Składanka na jutubie:

Niestety nie udało mi się pozyskać dużo informacji na temat składanki. Nawet co do daty jej publikacji można mieć zastrzeżenia. Wiadomo natomiast, że na tej kompilacji, która ukazała się na kasecie zatytułowanej „Fala 3” ukazała się angielska wersja „Fermy hodowlanej” /”Animal Farm”/, nagrana jeszcze z Tauterem. Utwór ten zarejestrowany został na zamówienie Radio One Johna Peela. 

Źródła informacji:

"Cisza jest... nic się nie dzieje" (1990)

Album kompilacyjny opublikowany w 1990 roku i wydany przez Tonpress. Składanka ta stanowi ciekawy przekrój rodzimego podziemia muzycznego, gdzie obok stołecznych formacji tj. Kosmetyki Mrs. Pinki, czy Cold War zamieszczono również efemeryczne kapele tj. Tubylcy Betonu, Kineo RA, czy Brygadę Miłości – projekt muzyczny Igora Czerniawskiego z zespołu Aya RL i Beaty Pater, oraz zespoły z południa polski – Pudelsi (Kraków), Zoilus (Bytom), Ziyo (Tarnów), Yanko (Wrocław) oraz Aurora (Rzeszów).

Strona A

Püdelsi – „Hymn” / „Pudel z Gwadelupy”

Tubylcy Betonu – „Dla panienek co kochają nas”

Kosmetyki Mrs. Pinki – „Taniec wojenny”

Cold War – „Zamiast kwiatów”

Zoilus – „Słowa i myśli”

Brygady Miłości – „Ażeby”

Strona B

Ziyo – „Pod jednym niebem”

Kineo Ra – „Kolejny dzień bez deszczu”

Yanko – „Czołgi Antoniego”

Püdelsi – „Prezydent”

Aurora – „Wszyscy przeciw wszystkim”

Aurora – „Święta krowa dojna”

 

 

"Punk orkiestry stanu wojennego" (1994)

Składanka na jutubie:

W 1994 roku z inicjatywy Skutera (ex Zwłoki, Mechaniczna Pomarańcza), Pary Wino (ex Yanko, Sedes) oraz Rudego (Sedes) nagrano składankę nieistniejących już wówczas wrocławskich kapel. Wspomniany Skuter z pomocą lokalnych muzyków nagrał trzy utwory Zwłok, które funkcjonowały na początku lat 80-tych. Materiał ukazuje się na składankowej kasecie „Punk Orkiestry Stanu Wojennego”. Album wyprodukowała firma Silver-Ton.

 

  1. Mechaniczna Pomarańcza – „Obcy Nowi Pod Mur”
  2. Mechaniczna Pomarańcza – „Przyszłość Naszą Jest”
  3. Mechaniczna Pomarańcza – „W Naszym Mieście”
  4. Dziennik Telewizyjny – „Polska Kobieta”
  5. Dziennik Telewizyjny – „Zamieniony W Dekalog”
  6. Twarz Pedała – „Precz Z Dyskotekami”
  7. Twarz Pedała – „Zabójcy Kubusia Puchatka”
  8. Patykiem Pisani – „Lokalny Broadway”
  9. Patykiem Pisani – „Komu Na…”
  10. Patykiem Pisani – „Wariat Mój”
  11. Patykiem Pisani – „Margaryna”
  12. Zwłoki – „Nie Jesteś Mądry, Nie Jesteś Piękny”
  13. Zwłoki – „Nasz Koniec”
  14. Zwłoki – „Przyjacielu Mój”

Źródła informacji:

"Polish new wave, Polska nowa fala 1983..." (1996)

Ostatnia już składanka w tym zestawieniu, którą uprzednio pominąłem, jednak szybko przypomniano mi o jej istnieniu. Zdecydowanie warto ją tu zamieścić, gdyż jeśli chodzi o dobór grup muzycznych zamieszczonych na niniejszym, wydanym w Stanach Zjednoczonych albumie kompilacyjnym, to jest on najbardziej ujednoliconym gatunkowo krążkiem spośród wymienionych. Co do nazwy „Polish New Wave, Polska Nowa Fala 1983…”, to gwoli ścisłości – nie zamieszczono na niej przedstawicieli nowej-fali, lecz czołowe formacje zimnofalowe powstałe w latach 80.

Lista utworów:

 

  1. Madame – „Gdyby nie szerszenie”
  2. Madame – „Może właśnie Sybilla”
  3. Madame – „Głupi numer”
  4. Madame – „Dzień narodzin”
  5. Madame – „Krawat powieszony w łaźni (Krawat Majakowskiego)”
  6. Made In Poland – „Obraz we mgle”
  7. Made In Poland – „Ja myślę”
  8. Made In Poland – „Kobieta”

Źródła informacji:

Jeśli przypadł Ci do gustu powyższe zestawienie, to polecam zobaczyć więcej tekstów traktujących o rodzimym podziemiu:

Posted by admin in Niezależne wytwórnie fonograficzne, PRL'owskie podziemie muzyczne, 0 comments